Wychodząc z autobusu zagadnęliśmy kierowcę odnośnie tajemniczego kilkudziesięciu minutowego przestoju na trasie. Okazało się, że postój spowodowany był koniecznością zapłacenia mandatu. Otóż wbrew temu, co można by myśleć, nie był to mandat za przekroczenie prędkości. Był to mandat, za zbyt dużą ilość zabranych pasażerów. Kierowca w ciągu pięciominutowej pogawędki dość dokładnie zdążył nam zrelacjonować historię swojego życia z żoną kaleką, marnej pracy w PKS za 1500pln miesięcznie, oraz faktu, że przecież, co ma zrobić, kiedy jedzie ostatnim kursem, a na przystanku stoi 70 latka z pięcioletnią wnuczką. Co ciekawe policję wezwał jeden z pasażerów tego samego kursu.
Teraz leżę na kajaku na środku jeziora i zupełnie nie mogę pozbyć się tej historii z głowy. Nie wiem czy bardziej mam przed oczami obraz tego kierowcy, czy może wrażenie jakieś formy ogólnokrajowego szaleństwa. Z jednej strony obywatelska postawa w dobrej wierze, z drugiej kompletny brak codziennej wrażliwości. Bo, co równie znamienne, a o czym kierowca nie zapomniał wspomnieć, to fakt, że nikt owej babci miejsca siedzącego nie ustąpił. Nie zapytałem jednak czy udało się jej dojechać do domu, czy może policja kazała zostawić ją gdzieś po drodze, nie chcąc brać brzemienia tej wiadomości w dalszą podróż. Niestety nawet bez tego nie potrafię tego z siebie zrzucić. Jedynym sposobem byłoby komuś ją opowiedzieć. Niestety, wokół, jezioro tak długie, co szerokie i jest zupełnie pusto.
Podróż kajakiem ma to do siebie, że jest podobna do podróży rowerem, tylko jest lepsza. Rowery niestety wymagają utwardzonej drogi, a poruszanie się po takiej drodze w Polsce, to duże ryzyko szybkiej śmierci albo poważnego kalectwa. Mieliśmy okazję jeździć po Podlasiu rowerami i mimo wielkich zalet takiej podróży, po każdej, nawet najwęższej drodze jedzie się z duszą na ramieniu. Nie chodzi tu zresztą o szerokość drogi, ale o mentalność Polaków. Na drodze obowiązuje prawo pięści. Rządzi ten, kto ma w danej chwili największą masę. Tak, więc utartym zwyczajem ciężarówki spychają busy, busy spychają osobowe, osobowe spychają motocykle i furmanki. A na końcu tego łańcucha jest rower, który działa na polskich kierowców jak płachta na byka. Nie dość, że nie zachowują sensownej odległości przy mijaniu, to nigdy nie zwalniają, jakby chodziło o przeszkodę, a nie o żywego człowieka. O nagminnym spychaniu na pobocze przy wyprzedzaniu na trzeciego nawet nie wspomnę. Znamienne jest jednak to, że kiedy owi kierowcy przesiadają się na rowery, zaczynają złorzeczyć na.. kierowców. Ale w końcu Polska to nie Holandia, a co kraj to obyczaj.
Na szczęście, kajak to urządzenie wodne. I na szczęście Polacy do wilków morskich nie należą, dlatego tak rzeki, jak jeziora i stawy, są praktycznie puste, jeśli chodzi o sprzęty wodne. Na większych akwenach wciąż można delektować się wolnością i spokojem, nieosiągalnym na żadnej choćby nawet najbardziej polnej drodze. I to sprawia, że Polska zwiedzana z kajaka może wydawać się naprawdę oazą dzikiej i pięknej przyrody, której oglądanie jest przyjemnie relaksujące.
Płyniemy. Właściwie spływamy z prądem, bo nikomu nie chce się kręcić wiosłami. Co jakiś czas tylko chyboczemy delikatnie kajakiem, aby obrócić twarze w stronę zachodzącego słońca. Początek tej wyprawy to nerwowe chwile, kiedy po kilku latach przerwy w kajakowaniu, znów znaleźliśmy się na wodzie. Kiedy jednak tylko odpłynęliśmy trochę od brzegu, oswoiliśmy się delikatnym rozkołysem, życie znów nabrało smaku.
Człowiek, który żyje dniem codziennym, pracą, obowiązkiem i idiotycznymi czasem problemami przetrwania, wyjeżdżając w dziką przyrodę głupieje. Oto pierwsze chwile to panika odnośnie braku stałego zaopatrzenia w żywność i wodę. A chwilę potem jeszcze większa panika odnośnie ‘ bezpiecznego ‘ miejsca do spania. I to samo dopada nas. Z jednej strony egzaltacja, i kolejne już w życiu odkrycie, jak zwykły, naturalny świat jest atrakcyjny, a z drugiej ten przemożny lęk, przed wszystkim, co naturalne. Mimo tego, że mamy ze sobą i namiot i śpiwory i kuchenkę gazową, przez długą chwilę nie możemy oswoić się ze świadomością, że odcięci od pępowiny cywilizacji utoniemy, zamarzniemy, umrzemy z wycieńczenia, głodu lub pragnienia. Lub co gorsza, że zjedzą nas dzikie zwierzęta.
Jako, że oczekiwanie na kajak i sprzęt znacznie się przedłużyło, na wodzie znaleźliśmy się dopiero późnym popołudniem. Przepłynęliśmy kawałek jeziora i kilkukilometrowy kawałek wąskim rzecznym przesmykiem i znaleźliśmy się na szerokiej zatoce wyprowadzającej do jeszcze większego otwartego akwenu. Jednak zanim udało się wypłynąć na otwartą wodę po lewej stronie dostrzegliśmy stanicę Sorkwity. Nie namyślając się długo, zamiast zmagać się z zachodzącym słońcem już pierwszego dnia, postanowiliśmy zatrzymać się tutaj, posiedzieć na solidnym pomoście nad wodą i nacieszyć się tą kilkudniową ucieczką od wszystkiego. Mało ambitnie, ale za to bardzo przyjemnie.
Siedzimy. Jesteśmy sami na pomoście wychodzącym kilka metrów w spokojną wodę jeziora. Pomarańczowe słońce chowa się powoli za ciemnym pasem drzew ponad wodą. Za nami teren wznosi się kilkumetrową skarpą i przechodzi w rzadki sosnowy las, wykorzystywany, jako pole namiotowe. Mimo, że jest środek lipca i przepiękna pogoda, nie ma zbyt wielu turystów. Kilkanaście namiotów rozstrzelonych na kilkuset metrach kwadratowych sprawia wrażenie ogólnej pustki. Dopiero pod wieczór, kiedy zjeżdżają się grupy rezydentów niewielkich domków campingowych, powstaje trochę ruchu. Nie zmienia to jednak ogólnego wrażenia pustki, a jedynie wypełnia pole ruchem ludzi, okrzykami, śmiechem.
Położyłem się na deskach pomostu, zamknąłem oczy i wsłuchałem w odgłosy natury. Nie minęło może dziesięć minut, jak dotarło do mnie miarowe dudnienie. Otworzyłem oczy i zobaczyłem jakiegoś młokosa, który rozbiega się po pomoście i rozpędzony skacze do wody. Zamknąłem oczy. Po chwili jednak dudnienie wróciło. Podniosłem głowę nie wierząc, że chłopak tak szybko mógł wyjść z wody i wrócić na pomost, i rzeczywiście to jego starszy brat, też rozbiegł się i też skoczył do wody. Zamknąłem oczy. Nie na długo. Kolejne kroki i znów dudnienie. Trzeci brat. Podniosłem się i usiadłem na ławce. Trzech braci, w wieku 5, 10, 15 zaczęło na zmianę rozbiegać się i skakać z pomostu. Po kilku minutach dołączył ich apodyktyczny ojciec. Wysoki, wyniosły, bardzo powściągliwy jegomość, zajął miejsce po drugiej stronie pomostu na podobnej do mojej ławce. Chłopcy na zmianę zaczęli ścigać się w wymyślaniu coraz to bardziej atrakcyjnych ewolucji, aby zadowolić wymagającego ojca. On jednak większość skoków kwitował suchym ‘ źle ‘. Było w tej scenie tyleż dramatu chorych relacji rodzinnych, co piękna samej rywalizacji. I nie wiem, co robiło na mnie większe wrażenie.
Po chwili jednak coś innego przykuło moją uwagę. Zainteresowany rodzinnymi zawodami zupełnie nie zauważyłem grupy francuskich nastolatków, którzy w między czasie usadowili się wzdłuż krawędzi pomostu. Dostrzegłem ich dopiero w chwili, kiedy zaczęli nucić jakieś francuskie melodie. Pomost nad jeziorem, ostatnie promienie słońca i francuskie piosenki, stworzyły jakiś nieokreślony, ale przyjemny nastrój. Byłem naprawdę zdziwiony patrząc na grupę 15, 16-latków, którzy zdyscyplinowani przez prawie godzinę tylko siedzieli i śpiewali.
To, jednak, co robiło wrażenie na mnie, innym najwyraźniej działało na nerwy. Kiedy słońce zaszło na dobre, na brzegu, nie więcej niż 10 metrów od francuzów, rozsiadła się grupa polskich nauczycieli. Nie trzeba było specjalnie wielkich zabiegów szpiegowskich, aby dowiedzieć się, że mają 10 rocznicę wspólnego spływania kajakami. Krzyczeli o tym tak głośno, że po prostu nie dało się nie słyszeć. Jak się zdaje z tej właśnie okazji zorganizowali sobie ognisko, i pewnie zupełnie przypadkiem tuż przy samym brzegu.
Nie minęło 10 minut od ich pojawienia się, a ryknęły donośne ‘ Hej, sokoły ‘ i ‘ Hej Sokoły na bis ‘. Potem ‘ U prząśniczki ‘ i ‘ Cicha woda ‘. Wprowadziło to konsternację na pomoście. Przez jakiś czas Francuzi starali się szanować polskich kolegów i zaczynali swoje piosenki, kiedy Polacy kończyli, próbując stworzyć rywalizację. Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o polakach. Po kilku toastach przestali zupełnie zważać na otocznie i śpiewali piosenki, jedna za drugą, na tyle głośno, że ciężko było się nawet skupić na rozmowie. I tak po kolei: ‘ Płonie ognisko ‘, ‘ O mój rozmarynie ‘, ‘ Pierwsza brygada ‘ i niezapomniana ‘ Wolność i swoboda ‘. Śpiewali bez wytchnienia i tak długo, aż grupa francuska całkiem nie zrezygnowała ze śpiewania i nie zamilkła. Wtedy oczywiście zamilkli też Polacy.
Niestety jednak dla nauczycieli odgłosy tego ‘konkursu’ przyciągnęły na pomost, sporo innych ludzi, w tym grupę dresiarzy techno-maniaków. Dziarscy chłopcy w białych dresach przynieśli dwie zgrzewki taniego piwa, wyciągnęli komórki, i na upartego zaczęli promować jakieś smerfne hity albo coś podobnego. Ich bzyczący komórkowy charakter zagłuszył tak nauczycieli, jak i francuzów. Zrobiło się już na tyle głośno, że ciężko było usłyszeć własne myśli, o odgłosach przyrody nie wspomnę. Popatrzyłem jeszcze chwilę na wodę i zdecydowałem się poszukać spokojniejszego miejsca.
Płyniemy. Jest rewelacyjnie. Otacza nas prawdziwie dzika przyroda, tak dzika, jakiej w Europie już nie można spotkać. Zarośnięte jeziorka, wąskie rzeczne przesmyki, zwalone drzewa. Wokół nas, krążą stada ptaków, wciąż słychać pojękiwania, charkania, czy szelesty zwierząt. Po kilku dniach człowiek przyzwyczaja się do braku cywilizacji i jej brak przestaje przeszkadzać. Przeszkadza natomiast coś innego. Kiedy przechodzimy z kajakiem przez zaporę, na wąskim moście musimy czekać ponad 15 minut, aż jakiś samochód zatrzyma się i łaskawie nas przepuści. W stanicach, musimy tolerować podchmielonych gówniarzy, którzy co rusz skracają sobie drogę tuż obok namiotów zrywając linki, wpadają na plecaki; musimy tolerować agresywnych dresiarzy, którzy na wąskich przesmykach płyną całą szerokością toru, rzucając do pozostałych głośne uwagi o topieniu. Zresztą to tylko w Parku Narodowym. Poza nim, stykamy się z totalnym chamstwem tak pasażerów jak i obsługi PKP, zwykłą głupotą ludzi, którzy, pod hasłami obywatelskiej postawy, donoszą jedni na drugich; widokiem biedy i beznadziejności wszelkich przestrzeni publicznych poza centrami dużych miast, takich jak dworce, ulice, place, skwery z zielenią.
To wszystko nie tyle zresztą przeszkadza, co dla kogoś przyjeżdżającego z zewnątrz, kłóci się z mitem ‘ zielonej wyspy miodem i mlekiem płynącej ‘ – tego wizerunku kreowanego przez wszystkie polskie media, jakie znam.
A najbardziej przeszkadza postawa samych ludzi - polaków. Jest to rodzaj mieszaniny cynizmu, chamstwa i braku nadziei. Widać brak szacunku do siebie samych i siebie nawzajem. I na każdym kroku widać wszechobecny brak społecznej wrażliwości. Taka jest Polska po pierwszej dekadzie XXI wieku. Polska, kraj leżący na wiecznym skraju Europy.
Radosław Żubrycki 2010






~mieszkanka Zgorz...
smutne,zalosne i godne pogardy.A to nie jest
prawda.To jest tylko pol prawdy. Smutne to i
zalosne.
dodaj komentarzwszystkie wątki