Czas, zgodnie z teorią Einsteina, ma to do siebie, że ma zmienną wartość zależną od położenia obserwatora; może dłużyć się lub skracać. Jednym z niewielu miejsc na ziemi, gdzie można sprawdzać to empirycznie jest polski pociąg PKP. O ile podróże w komforcie europejskich kolei mijają szybko i prawie niezauważalnie. O tyle w dyskonforcie kolei w Polsce, podróż dłuży się niemiłosiernie, przeciąga, a skrajnych przypadkach nawet nie dobiega do końca. Ktoś mógłby powiedzieć, że to czasoprzestrzenne anomalie, a ktoś inny, że po prostu chodzi o odwieczny bałagan, marnotrastwo i głupotę. Znów wszystko zależy od punktu widzenia obserwatora.
Jest środek nocy, gdzieś w centralnej Polsce. Pociąg porusza się miarowo w wyznaczonym kierunku, nie oznacza to wcale, że jedzie szybko. W naszym przedziale panuje względny komfort. Siedzimy w tradycyjnych ‘rzymskich’ pozach, czyli prawie siedząc, a trochę leżąc. Fakt, że zajęliśmy miejsca przy oknie, pozwala nam bezkarnie rozłożyć nogi. To duży plus kilkugodzinnej jazdy. Można powiedzieć, że jest prawie wygodnie.
Obok nas jeszcze szóstka pasażerów. Rodzina z dwójką dzieci, oraz jakieś starsze małżeństwo. Wszyscy jesteśmy pogrążeni w śnie. Miałem obawy, co do sprzętu fotograficznego, który wiozę w plecaku, stąd starym harcerskim sposobem zabrałem ze sobą klamrę do roweru, którą przymocowałem plecak do górnej półki. Jednak tym razem towarzystwo wydaje się zrównoważone i zupełnie, mimo bujnej wyobraźni, nie przychodzi mi do głowy, że ktoś mógłby próbować cokolwiek ukraść. No, jest jeszcze drugi, nieco ważniejszy argument. Korytarz, zresztą jak cały pociąg, jest tak zapchany ludźmi, że nie ma absolutnie żadnej możliwości swobodnego przemieszczania się.
Pasażerowie, w większości turyści na Dni Gruwaldu, tej jedynej w naszej historii, prawdziwie triumfalnej daty, wyścielają korytarze, przejścia, toalety i przedsionki. Pociąg wprawdzie zatrzymuje się na jakichś podrzędnych stacjach, ale sam nie wiem, jak ktokolwiek miałby do niego wsiąść, czy nawet wysiąść. Nasz względny komfort, czyli siedzenie i bezpieczeństwo o jakim wspominam, ma dwie wady. Brakuje toalety i klimatyzacji. Przez jakiś czas uchylone okno wydaje się sensowną alternatywą, potem jednak ciężko, co chwila budzić się i regulować dopływ powietrza. Otwarte - za chłodno, zamknięte -za duszno. Tak nam, jak i wszystkim pozostałym, godziny mijają na płytkim, ale w miarę spokojnym śnie. Potem, już nad ranem sen, co rusz przerywa, czy to duchota, czy potrzeba odwiedzin toalety.
Nadejście godziny czwartej definitywnie wybudza mnie ze snu. Pozostali pasażerowie, zresztą podobnie jak ja, też mają już dość braku wentylacji, a dzieciaki czają się do okna. Starszy pan siedzący z brzegu, jako pierwszy decyduje się na wyjście. Wstaje, chwile mocuje się z drzwiami, a potem długo stoi w przejściu. Widzę jak zrezygnowany kręci głową to w prawo, to w lewo. Nasz przedział jest dokładnie w środku wagonu, więc wybór naznaczony jest dużym ryzykiem. Rozumiem jego dylemat, co będzie, jeżeli pójdzie w stronę, gdzie toaletę zajmują śpiochy? W końcu jednak, delikwent decyduje się na przechadzkę. Widzę przez niedosunięte zasłony, jak na koryatrzu powstaje zamieszanie. Zaspane ciała z trudem podnoszą się z podłogi, niektóre z cichym złożeczeniem, inne chrząkaniem, wszystkie wyraźnie niezadowolone.
Mija kilkanaście minut, a współpasażer nie wraca. Ciężko stwierdzić, czy został już tam na dłużej, na wszelki wypadek, czy może czasoprzestrzeń rozwarła się tylko w jedną stronę. Dla nas to i tak pora wstawać, bo za chwile mamy przesiadkę w Bydgoszczy. Na samą myśl o konieczności przeciskania się do wyjścia mam dreszcze. Nie ma jednak wyboru, bo czy jest jakieś inne wyjście?
Na nasze nieszczęście pociąg wyraźnie zwolnił, kiedy akurat zdecydowaliśmy sie wyjść z przedziału. Nie było już jednak możliwości zmiany decyzji. Miejsca w przedziale, w mgnieniu oka zajęły osoby najbliżej stojące i skoro już zaczęliśmy przeciskanie, pożegnaliśmy się z nimi na zawsze.
Są jednak i pozytywy. Współpasażerów nie opuszcza dobry humor. Zresztą pod tym względem Polski pociąg to dużo bardziej pro-społeczne miejsce, niż podobne pociągi jeżdzące po zachodniej europie. O ile w tzw. cywilizowanym świecie, ludzie, tak młodzi, jak starzy, tak grupki huliganów, jak przyjaciele z domów starców, zachowują się wyniośle, powściągliwie i w sposób totalnie izolujący. W polskim pociągu, atmosfera jest zgoła inna. Wystarczy jedno niewinne "Przepraszam", aby obudzić nawet najbardziej zastygłe i zdawałoby się zaspane postacie.
I tak oto z jednego z przedziałów, tuż po tym, jak udało nam się obok niego przecisnąć, wynurza się skacowany małolat. Najpierw mówi owe niewinne ‘ Przepraszam ‘ do, leżącej przy jego drzwiach, dziewczyny, a potem głośno krzyczy, aby koledzy podali mu kolejnego browara, bo łeb go zaczyna ‘napier..’ Doniosły głos rozchodzi się po korytarzu, budząć co bardziej zaspanych. Wszyscy naturalnie są zainteresowani, co tak ciekawego dzieje się w tej części pociągu, stąd widzę długie szyje wyciągnięte tu i ówdzie.
Niestety pociąg zwolnił już całkiem i może właśnie to każe młokosowi traktować okno, jako potencjalne drzwi. Dzieciak wychyla się tak bardzo, że widzę tylko niechlujnie zasznurowane tenisówki, a zaraz potem słyszę dziki wrzask. Początkowo mylnie biorę wrzask za okrzyk godowy. Okazuje się, że to tylko żądza stadnego palenia fajek. Nie mija chwila, a z drugiej części wagonu przeciska się postać podobnego, niefrasobliwego młodzieńca. Kiedy obaj spotykają się, podnosi się kilkuminutowa wymiana uprzejmości w stylu: "Ale się naj... k... ja p.... ch .... Gdzie my do k... jesteśmy?".
Niestety pociąg zatrzymał się. Najpierw na dwie, potem na pięć, a potem na piętnaście minut. Dochodzi piąta rano. Z okolicznych przedziałów wynurzyło się całe stado skacowanych małolatów. Panienki ‘fajczą’, panicze ‘ browarzą’. Prawie jak pociąg do Hogwartu. Są pewnie i magiczne proszki!
Co jakiś czas dyskretnie spoglądam na umęczone twarzyczki i z prawdziwą tęsknotą wspominam czasy, gdy sam, po nieprzespanej nocy nie miałem ani prawdziwego kaca, ani podkrążonych oczu, ani nawet zmarszczek na policzkach.
Kolejne piętnaście minut postoju zmienia sytuację o tyle, że małolaty kończą pierwszą kolejkę browara i widzę, jak wstępują w nich nowe siły. Już nie są tylko zaspanymi dzieciaczkami. Teraz to rozwydżone młokosy, które palą, piją, rzucają ciętym żartem i głośnym gardłowym śmiechem. Ich postawa ma znaczący wpływ na zmianę na stroju u większości pasażerów. Korytarzowi towarzysze niedoli stali się teraz śmielsi, jakby bardziej rozmowni. Można nawet powiedzieć, że cały korytarz zyskał rodzaj osobowości. Każdy pragnie dodać dwa, trzy grosze do tej podniosłej atmosfery oczekiwania. Rozglądam się. Widzę dzieci, dorosłych, starców i duchownych. Wszyscy oni z równym jak ja przejęciem oczekują ponownego uruchomienia silników i odjazdu. Jak się zdaje, wciąż bezskutecznie.
Tymczasem w innej części pociągu, a dokładnie w przejściu między wagonami powstało straszne zamieszanie. Obserwuję to dokładnie, bo stoję tuż przy przedostatnim przedziale. Dalej nie udało nam się przecisnąć, więc stanęliśmy za tymi, którzy jak mniemam, też zamierzają wysiadać na najbliższej stacji. Powodem zamieszania jest walizka. Widzę jak brązowa, lotnicza walizka wędruje ponad głowami pasażerów w przejściu między wagonami. Kolejne ręce, a czasami ramiona przekazują sobie zdobycz. Zbliża się w moim kierunku. To jednak nie koniec, bo zaraz za walizką przedziera się jej właściciel. Schludny czterdziestolatek, krzyczy i gestykuluje bezczelnie wymachując ramionami, między ściśniętymi jak śledzie współpasażerami. Mimo najszczerszych chęci, żeby mu okazać sympatię, czuję, że powinen wstrzymać się, że swoją wycieczką przynajmniej do najbliższej stacji. Podobnie czują wszyscy, których mija, bo robi to w sposób zupełnie bezpardonowy, żeby nie powiedzieć chamski.
Na wszelkie komentarze odnośnie faktu, że miejsca jest wszędzie tak samo mało, odpyskuje zadziornymi uwagami i opowieściami o tym, że nie będzie 8 godzin stał na stopniach wagonu, kiedy inni mają tyłki posadzone. Na szczęście pociąg powoli rusza dalej. Przedzierającego się pasażera nic jednak nie wzrusza i tak najpierw wędruje jego walizka, potem wędruje on, potem jeszcze jedna walizka, której rączkę mocno trzyma w dłoni, i której nie wypuszcza ani na chwilę, a potem, żeby było ciekawiej, tą samą drogą gramoli się jego żona.
O ile narzekania, pojękiwania i natręctwo owego pasażera można byłoby jeszcze tolerować, o tyle to samo w wykonaniu jego żony, to już odrobinę za wiele. Pozostali pasażerowie, głównie ci nadeptywani, przygnatani, obijani i bezceremonialnie ocierani, choć przecież w gruncie rzeczy bogu ducha winni całej tej sytuacji, podnoszą bunt. Ktoś bezczelnie staje na dodze trzydziestokilkuletniej paniusi i mówi wprost,
że dalej jej nie przepuści, bo nie ma miejsca. Powstaje wrzawa. Mąż, który jakimś cudem zdołał się przedrzeć do wnętrza wagonu, słysząc zamieszanie, krzyczy niecenzuralne słowa tuż nad moim uchem; oczywiście w kierunku człowieka, który wprowadził blokadę. Tamtem zdaje się, że jegomość dość spokojny, zupełnie nie reaguje na jego zaczepki. Natrętny pasażer widząc patowość sytuacji robi coś, czego nie zrobiłby chyba nikt inny w jego sytuacji. Najzwyczajniej w świecie, zostawia walizki na środku korytarza i zaczyna się przepychać z powrotem w kierunku zakleszczonej żony. O reakcjach, jakie wywołuje jego działanie nie muszę chyba opowiadać. Mogę tylko powiedzieć, że nie są to reakcje zbyt przychylne.
Na szczęście właśnie w tej chwili pociąg wtacza się na stację w Bydgoszczy i z piskiem kół zatrzymuje się na peronie. W tym momencie staram się już tylko pchać mocniej, żeby jak najszybciej uciec z tego pociągu miłości.
c.d.n.
Radosław Żubrycki 2010






~Kolejarz Dublin
Kolego za czasow okupacji dworce na ziemiach
zachodnich byly czyste zadbane pociagi jezdzily
zgod...
~Jannn
Jasne bo ty czasy okupacji pamiętasz. co ty
myślisz że wszystkie europejskie dworce są
lśniÄ...
~wojtklo
Artykuł conajmniej dwa razy za długi. Nie
doczytałem nawet do połowy i już znudziłem. Ja
ro...
dodaj komentarzwszystkie wątki