ANGLIA.INTERIA.PL zobacz również: ANGLIA.INTERIA.PL USA.INTERIA.PL INTERIA.PL - Portal internetowy

środa, 23 maja 2012

Nawigacja

Biały Shinkansen

bialy-shinkansen

Dworzec Centralny, Tokyo, Japonia /
www.radoslawzubrycki.com

Ciężko powiedzieć, jaki jest prawdziwy cel, który motywuje ludzi do podróży 13 000 mil tylko po to, aby pospacerować po peryferiach na drugim krańcu świata. Tak naprawdę nie ma tam nic innego, czego nie można by zobaczyć na podobnych peryferiach w swojej okolicy. A jednak każdy chce sprawdzić na własnej skórze.

Z kolorowego centrum Tokyo w 3 godziny biały Shinkansen przeniósł nas do krainy z goła innej. W ciągu niemalże niezauważalnych kilku chwil, ten skrzydlaty biały koń przesunął nas o 700 km na północ, w okolice Hokkaido. I może nie byłoby w tym nic podniecającego, gdyby nie fakt, że było to 700 km w kierunku odwrotnym od tego, gdzie chcieliśmy jechać. Biały Shinkansen nie był, tym do którego mieliśmy wsiadać. Niestety czy to z winy słabej znajomości angielskiego u pani sprzedającej bilety, czy może przez nasze roztargnienie szybowaliśmy na północ zamiast na zachód. Tak po prostu, zupełnie oderwani od codzienności i jakby nie patrzeć, w Japonii.

Fakt pomyłki uświadomiliśmy sobie jeszcze w pociągu. Właściwie w tej samej chwili, kiedy drzwi zamknęły się z cichym syczeniem ruszającej torpedy. Co jednak mogliśmy zrobić? Ten pociąg ma tylko dwa przystanki: początkowy i końcowy. I naprawdę porusza się z prędkością 300 km na godzinę. Zanim zdążyliśmy upewnić się, co do pomyłki, już dawno minęliśmy górę Fuji. Potem przez długi czas siedzieliśmy w zupełnym milczeniu, przyglądając się krajobrazowi kraju kwitnącej wiśni. To prosty krajobraz. W miastach wysokie budynki nagromadzone tak ciasno, jakby był to jedyny możliwy plac budowy na planecie ziemia. Poza miastem pustka i leniwie rozkładające się domy. Niewielkie, brzydkie, czasami tymczasowe. Wszystko zatopione w delikatnej szarej mgiełce, która utrzymuje się bez względu na porę dnia i pogodę.

Potem, widok krajobrazu zaczął się nudzić. Wciąż monotonny, wciąż równie przewidywalny. Wróciliśmy do mapy, naszej pomylonej trasy i planów na spędzenie kolejnej nocy. Trzeba przyznać, że przebywanie w obcym kraju wydaje się znośne, pod warunkiem posiadania noclegu i wyżywienia. Kiedy te elementy pozornego bezpieczeństwa zaczynają się rozmywać wraz z pomylonym biletem, rozmywa się również pozorne bezpieczeństwo. Bez noclegu człowiek zaczyna panikować. Rodzą się pytania podstawowe – o byt, o przetrwanie, schronienie. Na szczęście panika rodziła się w tempie odwrotnie proporcjonalnym do szybkości poruszania się pociągu. Im poruszaliśmy się szybciej, tym panika była mniejsza. Kiedy pociąg zaczął zwalniać poziom strachu zaczął gwałtownie wzrastać.

Po trzech godzinach z mrocznego i deszczowego Tokyo wpadliśmy na przepełnioną słońcem północ – górzyste pustkowie. Na północy było gorąco. Nieznośnie upalnie. Wysiadając, w szybie pociągu, zobaczyłem jak jakiś spanikowany turysta, opuszcza klimatyzowany wagon na nieokreślonej stacji kolejowej na krańcu Japonii . Potem zdałem sobie sprawę, że ten turysta to właśnie ja. Każdy krok potęgował niepewność. Cywilizacja oddaliła się wraz z Tokyo. O ile w stolicy większość napisów i komunikatów jest w języku japońskim i angielskim czasem francuskim i niemieckim, tu królował język japoński. Tylko Japoński. Ani angielskich napisów, ani angielskich komunikatów. Ani nawet osobnej anglojęzycznej kasy biletowej. Niewielki tłum ludzi, który wysiadł razem z nami rozprysnął się w mgnieniu oka w zakamarkach dworca. Stało się to tak szybko, i tak bezszelestnie, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy w przestronnym holu zostaliśmy sami. Przerażeni niecodziennym położeniem wynurzyliśmy się z dworca na zewnętrz..  w poszukiwaniu hotelu i mcdonalda. A trzeba jasno stwierdzić, że europejczyk mimo najszczerszych chęci, wyjazd do Japonii może przeżyć tylko dzięki mcdonaldom. Lokalne jedzenie nie tyle sprawia przykrości żołądkowe, co przede wszystkim ciężko nim wypełnić żołądek. Bez względu na to ile i jak często by się jadło.

Miasto z papieru

Stacja docelowa na pierwszy rzut oka wykazywała cechy stacji miejskiej. Akita, bo tak nazywało się miasto do którego dojechaliśmy dość dobrze udawała metropolię. Wieżowce, wielko-kubaturowe budynki handlowe, estakady i podziemne przejścia. Wszystko to upchane na bardzo niewielkim obszarze dawało wrażenie wielkomiejskości. Gdy jednak wyruszyliśmy nieco dalej, w poszukiwaniu jedzenia, rzeczywistość dość szybko zmieniła swoją konsystencję. Najpierw centrum, tuż za nim rozległy park, a za parkiem nagła ucieczka wieżowców. W mgnieniu oka budynki skarlały, zmalały, skurczyły się. A trochę dalej, niebyło ich już wcale. Tylko niewielkie dwukondygnacyjne domy, nie wiadomo czy jedno czy wielorodzinne. A jeszcze trochę dalej nie było już widać nawet tych domów. Odniosłem wrażenie, że jakiś szalony architekt lub urbanista wyrwał kawałek Tokyo i wrzucił na to pustkowie, aby wykiełkowało w nowe, potężne Tokyo.  Być może wydarzyło się to całkiem niedawno, bo jak widzieliśmy, Akita, co najwyżej dopiero zagnieździła się w swojej pozycji, a jej prawdziwy rozrost wydawał się być w fazie planowania.

Jednak panika była krótka. Przeszklony rękaw, który wypluł nas z opustoszałego dworca wyrzucił nas wprost na drzwi hotelu ‘Hilton’. I jedynie zdziwienie obsługi recepcji, na moje pytanie o wolne pokoje, przypominało naszą niecodzienną pozycję geograficzną. Wraz z kluczem do pokoju emocje opadły, a panika stała się czasem przeszłym dokonanym. Wychodząc z holu po bagaże, które zostały na zewnątrz, zerknąłem w lustro wiszące na ścianie. Wytarte jeansy, brudna koszulka, wysłużone kowbojskie buty poniekąd wyjaśniały zdziwione miny recepcjonistów. Choć z drugiej strony czy biały anglosaski turysta nie ma prawa zapuścić się w okolice Hokkaido?

Perfyferyjnie

Odpowiedź na to pytanie przyszła następnego dnia. Nasz kolejny, tym razem zarezerwowany hotel, położony był kilkadziesiąt kilometrów od Akity, jeszcze dalej na północ. I choć miejscowości, do której mieliśmy dojechać, nie było nawet na mapie, to rezerwacja sprawiała, że czułem się spokojny i zrelaksowany. Pociąg z Akity wyruszył spokojnie, powoli, jakby ociężale albo niedbale. W przeciwieństwie do białych Shinkansenów, nie rozpędził się zaraz za stacją, ale wręcz zwolnił. Garstce ludzi rozrzuconych w trzech starych wagonach najwyraźniej nie sprawiało to żadnej różnicy. Co jakiś czas tylko, któryś z nich pod pozorem wyjścia do toalety mijał nas przyglądając się ukradkiem.  Napełnił nas przedziwny spokój. W tym krajobrazie oddalonym o setki kilometrów od nowoczesnej cywilizacji była jakaś równowaga. Taki oto lokalny, nieco opieszały pociąg, wiozący garstkę starców wzdłuż pofałdowanej linii wybrzeża. Leniwe białe chmury płynące spokojnymi wstęgami przez soczyście błękitne niebo. Moje niesmaczne, ale jedyne dostępne piwo ‘Asahi’ sączone spokojnie w tempie poruszającego się pociągu. Czy kierunek ma jakieś znaczenie, kiedy człowiek nic nie planuje?

Japonia zadziwiła mnie czymś, czego nie widziałem nigdzie indziej na świecie. To niewyobrażalny szacunek do rzeczy materialnych. Tokyo pod względem organizacji, formy i technologicznego zaawansowania jest swoistym makroorganizem i mistrzostwem świata. Urządzenia, budynki i infrastruktura są najnowocześniejsze i najlepsze na świecie. Jednakże w miarę oddalania się od stolicy, nowoczesne rzeczy sukcesywnie zastępowane są swoimi starszymi wersjami. Jest to proces tak subtelny, że prawie niezauważalny. Ale im dalej od Tokyo tym starsze jeżdżą autobusy, tym mniej komunikatów głosowych, mniej kolorowych świateł i reklam, starsze auta na starszych ulicach i bardziej wysłużone pociągi. I przede wszystkim ludzie, choć to byty duchowe, to podobnie jak otaczająca je materialna struktura, oni też stawali się coraz starsi w miarę oddalenia od centrum. Zupełnie jakby wszystko co nowe skupiało się w właśnie w stolicy w tym cudownie przerażającym, nieustającym w pracy, molochu.

Wibrujący dźwięk sygnału alarmowego obudził mnie z letargu. Buczenie było niezmiernie irytujące i wybijające z wszelkich przemyśleń. To głośny sygnał informujący o otwieraniu i zamykaniu drzwi pociągu. Uruchamiał się automatycznie i za każdym razem kiedy pociąg się zatrzymywał. Jakby z przedziwną metodycznością utrzymując pasażerów w ciągłym napięciu, aby nie przegapić swojego przystanku. Potem następowała lekcja japońskiego. Konduktor, który w ciągu całej podróży minął nas chyba z 90 razy, przed każdą stacją zgłaszał przez interkom nazwę oraz godzinę przyjazdu i odjazdu. Mówił to po japońsku i prawdopodobnie po angielsku. Niemniej, ta druga formułka niewiele różniła się od pierwszej. Kiedy już na dobre zaczęliśmy uczyć się literek, którymi oznaczona była nasza stacja z ulgą odkryliśmy fakt, że na stacjach nazwy są w formie cywilizowanej. Czarne arabskie litery były jak zimna whiskey z lodem na tym przedziwnym pustkowiu – orzeźwiająco - relaksujące.

Monotonia była przyjemna. 30 km/h to prędkość zwiedzania świata rowerem. Wszystko można dostrzec, wszystkiemu się przyjrzeć.  Krajobraz był na wyciągniecie ręki. Był równie monotonny jak jednostajny stukot kół. Małe domki w większości zwieńczone charakterystycznymi dachami. Nieuporządkowana, czasami wręcz brzydka zieleń poskręcanych nadmorskich drzew. Niewielkie zatoki i małe porty, które okrążaliśmy po nadmorskich wydmach. Charakterystyczny smak powietrza – cierpki, choć inny niż ten znany z Europy. W jakimś sensie wilgotny i przepełniony dziwną wonią, której pochodzenia do dzisiaj nie odkryłem. A wszystko to zatopione we wnętrzu wagonu z lat 60-tych. Wagonu, który wydawał się być wyciągnięty z muzeum transportu, albo prosto z fabryki, którą ktoś nieopatrznie zamknął na 50 lat. Wnętrze wyglądało jako nowe; było zadbane i czyste; siedzenia wypolerowane, błyszczące klamki, czyste szyby. Na ścianach przykręcane tabliczki i mapy z okresu, kiedy pociąg powstał. Wszystko w całkowicie nienaruszonym stanie. Ileż w tym przekory w stosunku do Europejskiego traktowania rzeczy, których używa się tak długo aż się zepsują. A kiedy to nastąpi wyrzuca się je i nigdy więcej do nich nie wraca.

Mikrokosmos

Ciężko powiedzieć, jaki jest prawdziwy cel, który motywuje podróż 13 000 mil tylko po to aby pospacerować po japońskim zadupiu. Tak naprawdę nie ma tu nic innego, czego nie można by zobaczyć, na podobnych zadupiach w innych częściach świata. Nic godnego uwagi, nic pouczającego, no może poza filozoficzną formą samego pustkowia, jeżeli już ktoś takową dostrzeże. Zielonkawe pola ryżowe, wąskie, szaro-asfaltowe, drogi, na wpół wyludnione małe miasteczka. Są też plaże – niewielkie łaty żółtego piasku, który każdego poranka zaścielają różnego rodzaju stwory morskie. Są to zresztą te same stwory, które obsługa hotelu skrzętnie zbiera i przyrządza nam na obiad. A my?.. Wygrzewamy się na tych plażach. Spacerujemy. Przyglądamy się monotonii uprawy ryżu. Obserwujemy stare samochody, które z hałasem przetaczają się po pobliskiej ulicy. Z balkonu naszego hotelu patrzymy na rozległą zatokę, gdzie w oddali widać zarysy drugiego brzegu. Może to już Hokkaido, a może coś innego. Wraz ze świtem wychodzimy na plaże robić zdjęcia wynurzającego się słońca. Zaspani, spokojnie przyglądamy się jak niebo zmienia odcienie granatu, odcienie czerwieni, błękitu. Napawamy się świadomością, że zawieszeni poza codziennością odpoczywamy od codzienności, że ten mikroskopijny świat, mimo iż chwilowy i iluzoryczny, jest w tym momencie, naszym jedynym światem.  A potem znów zasypiamy. Na twardych, szeleszczących matach, niewielkiej poduszeczce, którą nie wiadomo czy dodano do snu, czy dla dekoracji. A kiedy się budzimy, dzwonimy do recepcji, aby podano nam coś do jedzenia, zobowiązani przez szefa hotelu, aby w taki właśnie sposób manifestować swój głód. To i tak bez znaczenia, bo tu i tak nikt nie zna angielskiego, reagują na dzwonek. A pomiędzy tym wszystkim kontemplujemy siebie, zadając sobie proste pytania, równie proste jak nasze otoczenie; czy spiesząc się, w cywilizacji, gdzie nigdy nie ma się czasu, mielibyśmy szanse realizować takie potrzeby?

Więc, czy po to leci się 13 godzin samolotem, kilka pociągiem i niezliczone godziny spędza w pracy, aby na to zarobić. Czy obce pustkowie jest ciekawsze od pustkowia własnego? Czy daje to, czego nie daje przebywanie w znanym sobie środowisku – możliwość poznania samego siebie? Może to przywilej obcować z obcą pustką?  Może to przywilej móc obcować ze sobą samym. I może to rarytas w dzisiejszym świecie, gdzie wszystko podane jest na tacy? …

Radosław Żubrycki 2010

 

 

Więcej artykułów tego użytkownika znajdziesz tutaj
Autor: rz2010

Oceń artykul

  • Kiepski
  • Poniżej średniej
  • żredni
  • Powyżej średniej
  • Bardzo dobry

kliknij aby ocenić

Aktualna ocena 3,66

Przeczytano razy: 954

Stopka