ANGLIA.INTERIA.PL zobacz również: ANGLIA.INTERIA.PL USA.INTERIA.PL INTERIA.PL - Portal internetowy

środa, 23 maja 2012

Nawigacja

Wigilia w Betlejem

wigilia-w-betlejem

Israel | ( www.radoslawzubrycki.com )

Szukając świątecznej magii zwykle nie zdajemy sobie sprawy jak niewielka granica nietolerancji i agresji oddziela nas od wydarzeń sprzed 2000 tysięcy lat, którego Boże Narodzenie jest wspomnieniem. O tym, jaki jest naprawdę współczesny świat, mogą świadczyć nie piękne historie z naszych ‘cywilizowanych’ pasterek, ale ludzie z bronią zgromadzeni wokół Bazyliki Narodzenia w dzisiejszym Betlejem.

Droga do Betlejem jest prawdopodobnie, równie wyboista jak była 2000 lat temu. Nie ma tu specjalnych kierunkowskazów, bilbordów, czy kolorowych neonów. Nie ma nawet zbyt wielu znaków drogowych tak, aby jadąc wieczorem z Jerozolimy trawić bez większych problemów. Jest za to coś innego: ciemność, pustka i świadomość, że skoro nic nie zmieniło się od czasu narodzin człowieka-boga to nic się już chyba nie zmieni.

Jest późny wieczór 24 grudnia. W tej części świata, gdzie mieszają się trzy największe religie, jest to zarazem wieczór zwyczajny, jak i wyjątkowy. Ciężko powiedzieć, czy zjeżdżając wijącą się drogą ze wzgórza Jerozolimy w kierunku Betlejem, więcej widać oznak tej grudniowej wyjątkowości, czy może śladów jej maskowania. Nie wiele jest świateł i równie niewiele pojazdów jadących w tym kierunku. Kiedy mijamy ostatnie izraelskie osiedla na wzgórzu, robi się całkiem pusto.  Blado-żółte światło rzadko ustawionych latarni wskazuje kierunek. Jest też betonowy mur, przecinający szeroką dolinę na dwie części, oddzielający współczesne niebo od piekła. Nie da się go nie zauważyć i nie da ominąć. Być może, więc on jest tym drogowskazem.

Podjeżdżamy do punktu granicznego. Wokół panuje cisza i złowieszczy spokój. Nie wiem skąd myślę, że jest to spokój złowieszczy. Być może to żołnierze z karabinami wzbudzają we mnie tak negatywne skojarzenia. Podchodzi do nas 16 letnia dziewczyna z podniesionym karabinem. Nie daje się nie zauważyć jej znudzonego, a jednocześnie zawziętego wyrazu twarzy. Wygląda, jakby miała ochotę mnie zastrzelić,  nie tak z premedytacją,  ale ot tak, dla satysfakcji, że jestem od niej inny. Przez otwartą szybę prosi o paszporty. Długo przegląda strony z pieczątkami, po czym odchodzi do kolegów, w tym samym wieku, stojących przy budzie granicznej. Staram się nie patrzeć w ich kierunku, ale nawet kątem oka widzę jak spoglądają to na nas, to na nasze dokumenty. Być może nie są pewni, gdzie tak naprawdę leży Polska, i czy to wróg czy przyjaciel. Po chwili zastanowienia, sam w zasadzie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Cukierki

Po kilku minutach dziewczyna wraca i oddaje paszporty. Na koniec, z wymuszonym uśmiechem wręcza nam paczki cukierków, jako prezent, na święta. Bierzemy je i wjeżdżamy na przedmieścia Betlejem. Okazuje się, że są to prezenty od uczniów Palestyńskich szkół. Rodzice tych dzieci kupili te słodycze, aby przekonać zagranicznych turystów, że ludzie w Betlejem nastawieni są pokojowo, że wojny nie ma i że warto tu przyjechać i polecić to miejsce znajomym.

Mijamy granice. Wjechaliśmy w ciemność i pustkę. Z daleka nie było widać zasadniczej różnicy między kolejnymi  wzgórzami. Kiedy jednak wjeżdżamy do strefy, szybko orientujemy się, że różnica jest.  Zaraz za punktem kontrolnym giną latarnie, potem rozmywają się również białe pasy na jezdni. Nie ma znaków, świateł, a co rusz mijamy domy jak ruiny albo ruiny jak domy, albo jedno i drugie, bo w ciemności naprawdę trudno się zorientować, co jest czym. Gdyby przypadkiem jakiś współczesny Józef z Maryją, szukał dzisiaj pomocy, przypuszczalnie, podobnie jak 2000 lat temu skończyłby też w jakieś opuszczonej ruinie przy drodze, szumnie tylko nazwaną stajnią. Nie ma tu miejsca ani dla zwiedzających, ani dla przyjezdnych.

Nie trwa to długo i w końcu wjeżdżamy do miasta. Nie tyle zresztą jest to miasto w europejskim znaczeniu tego słowa. To raczej droga, wzdłuż której zbudowało się kilka szeregów glinianych ruder. Dalej od centrum są to rudery jednokondygnacyjne, potem dwu i trzy piętrowe, potem nawet kamienice, choć tworzą bardziej architektoniczny patchwork niż sensowny krajobraz miasta. Jeszcze zanim odnajdujemy właściwy kierunek do Bazyliki Narodzenia gubimy się i wjeżdżamy na jakieś podwórko między domami. Wychodzę, ale powitany bez grupę agresywnych dzieci, szybko wracam do auta. Krzyczą do mnie w nieznanym języku i zdecydowanie machają rękami abym odjechał skąd przyjechałem. Uliczka jest tak wąska, że muszę cofać, nie mogąc zawrócić. W ostrych światłach reflektorów widzę niewysokie sylwetki, które ustawione jedna obok drugiej monitorują ten odwrót.

Ludzie z bronią

Kiedy znajdujemy w końcu właściwą drogę wcale nie jest łatwiej. Główna ulica, do której dojechaliśmy jest szerokim, chaotycznym pasem asfaltu ciągnącego się przez całe Betlejem. Po obu stronach drogi stoją zaparkowane samochody. Po kilku minutach, orientujemy się, że i my musimy zostawić nasz pojazd dokładnie w ten sam sposób. Szukamy miejsca i po kilkuset metrach w powrotnym kierunku znajdujemy wąską przestrzeń pod latarnią, między jakimś słupem, a już zaparkowanym autem. Rozglądam się. Po obu stronach drogi widać sypiące się domy. W parterach wciąż otwarte sklepy. Przy wejściach grupy tubylców. Z duszą na ramieniu zostawiamy wypożyczone auto mając nadzieję, że znajdą się na ulicy takie, których uszkodzenie sprawi napastnikom więcej przyjemności.

Betlejem nie śpi. Część ludzi tutaj to chrześcijanie, którzy obchodzą wigilie Świąt Bożego Narodzenia. Część z nich w odświętnym stroju idzie w kierunku głównego palcu i Bazyliki. Pozostali, okupują okna i krużganki domów. Tam, gdzie w parterach mieszczą się sklepy, stoją grupy kilkunastoletnich chłopców. Patrzą się na nas, obserwują, długo nie spuszczając z oczu. Co jakiś czas, ktoś podchodzi do nas i prowokująco zbliża się na wyciągnięcie ręki, ale nic nie robi. Po prostu idzie równo z nami. W tych warunkach to niekoniecznie pomaga zachować spokój.

Bliżej miejsca narodzin Jezusa, pojawiają się mężczyźni z bronią. Najpierw kilku tajniaków, w sporych odstępach, potem grupki w zielonych mundurach, a potem już przy placu odnoszę wrażenie, że więcej jest ludzi z bronią niż bez. Widzę żołnierzy, widzę ochroniarzy, widzę też ludzi w cywilnych ubraniach stojących, co kilkanaście, kilkadziesiąt metrów. Każdy ma w rękach karabin. Podobnie zresztą jak celnicy na przejściu granicznym. I jestem prawie pewien, że niewielki wybuch agresji mógłby być powodem całkiem sporej strzelaniny.

Wigilia

W końcu dochodzimy do głównego placu przed Bazyliką Narodzenia. Wchodzimy w dziki tłum lokalnych, turystów, głównie niemieckich i amerykańskich, oraz sprzedawców kawy, herbaty i kebabów. Widok parujących samowarów chyba najbardziej zostaje w pamięci. Podobnie jak ostry, przenikliwy zapach przypraw. Samowary stoją w rzędzie, jak stragany na rynku, jeden obok drugiego. Gorąca herbata i kebab mogą spokojnie tworzyć kulinarny symbol Betlejem.

Przestronny plac zamieniono w coś na wzór jarmarku, odpustu albo wesołego miasteczka. Naprzeciw modlących się chrześcijan, muzułmanie urządzili artystyczną scenę. Z wielu skierowanych ku Bazylice głośników płynie hałaśliwa, drażniąca melodia. Kobiety w arabskich strojach, tańczą na podwyższeniu bez chwili przerwy, mężczyzna z mikrofonem wciąż coś krzyczy i żywo gestykuluje.

Chodzimy wokół tego targowiska różności, zupełnie zagubieni w tak zaskakującym otoczeniu. Miejscowi, turyści, ochroniarze i żołnierze z bronią, oraz grupki nastolatków. Przyglądam się i robię zdjęcia, ale również sam jestem obiektem zainteresowania. Nie tylko blond włosy, ale przede wszystkim teleobiektyw wzbudza duże zainteresowanie. Co jakiś czas odkrywamy, jak kilku podrostków podąża naszym szlakiem. Idą za nami, a po chwili znikają, zobaczywszy jakiegoś mniej uważnego, niż ja, turystę.

W miarę zbliżania się północy, nasila się wielokulturowy tłok. Mieszają się ludzie wszystkich ras i religii i naprawdę ciężko zorientować się, kto przybył tu wspominać narodziny Boga, a kto podważać nauki człowieka. W kolorowym tłumie widać muzułmanki w tradycyjnych strojach. Widać katolickich księży, których białe koloratki świecą się niczym odblaski w ciemności wigilijnej nocy. Mijamy kilku równie jak my zagubionych Australijczyków, których poznać dość łatwo, po szerokich kapeluszach i szortach do kolan z mnóstwem kieszeni.

W tym wielo-religijnym tłumie, co rusz słychać różne języki. Dominuje arabski, ale słychać rozmowy po hiszpańsku, włosku, niemiecku, portugalsku. Słychać również angielski, ale czasami również kilka słów po polsku. Wydaje się, że nie może to być miejsce zwyczajne, skoro tak wielu ludzi, z tak różnych stron świata zjechało się dokładnie tego samego dnia. Pytanie, czy zjechali się tutaj w tym samym celu? A jeżeli tak, to co nim jest? Chęć wyrażenia swojej wiary, świadomość wielkiej historii, jaka się tutaj narodziła, czy może wiara, że jeden człowiek, może zmienić aż tak wiele w życiu innych?

Przyglądam się wszystkiemu. Zaskoczenie miesza się ze przeświadczeniem, że nie wiele się zmieniło przez dwa tysiące lat. Przez chwile wydaje się, że możliwość przebywania w tym miejscu to przede wszystkim świadomość różnorodności świata. Namacalny dowód, że jedna idea, może zjednoczyć wielu, zupełnie innych ludzi, bez względu na ich pochodzenie, przekonania i stan majątkowy. Przebywanie w tym miejscu daje świadomość, że ludzie, mimo tego, że są tak bardzo różni, w pewnych kwestiach pozostają tacy sami. W głębi duszy wszyscy są tak samo zagubieni i wszyscy szukają swojego przewodnika.

 

Radosław Żubrycki 2010

 

 

Więcej artykułów tego użytkownika znajdziesz tutaj
Autor: rz2010

Oceń artykul

  • Kiepski
  • Poniżej średniej
  • żredni
  • Powyżej średniej
  • Bardzo dobry

kliknij aby ocenić

Aktualna ocena 3,32

Przeczytano razy: 1076
  • super!
    ( 2010-12-27 21:25)
    ~lula

    ;)

  • ?
    ( 2010-12-21 10:17)
    ~sunater

    Od kiedy 16-latki służą w IDF ??? 18-latka co
    najwyżej...


Stopka