ANGLIA.INTERIA.PL zobacz również: ANGLIA.INTERIA.PL USA.INTERIA.PL INTERIA.PL - Portal internetowy

środa, 23 maja 2012

Nawigacja

"Jordania jest jak Polska"

jordania-jest-jak-polska

Amman / fot. www.radoslawzubrycki.com

W jordańskim hotelu włączam jordański telewizor. Przeżywam krótki szok. Jordańska telewizja emituje reklamę Polski. Lektor czyta po angielsku: "Polska – kraj nowoczesny, pełen zagranicznych inwestycji, kraj niesamowitych możliwości".

Przez długi czas nie potrafiłem znaleźć właściwego porównania, aby opisać Jordanię. Minęło już kilka miesięcy i dopiero teraz, będąc w Polsce, znalazłem to, czego szukałem. Znalazłem odpowiednie porównanie: Jordania jest jak Polska. Może na pierwszy rzut oka, Jordania nie wygląda jak Polska, ale gdy pominiemy formę i wgłębimy się w strukturę państwa, ten kraj jest dokładnie jak Polska; wszystko: ludzie, władza, wydarzenia.

Granica

Zanim pojechałem do Jordanii, byłem w Izraelu. Miałem nadzieję, że to właśnie Izrael da interesujące przeżycia. Jordania była jakby obok, jakby dodatkiem. Niestety Izrael, jako kraj bardzo mnie rozczarował. Okazał się nieprzyjemny dla mnie jako turysty; ludzie są  wyjątkowo niemili, nieskorzy do rozmów, niewykazujący żadnego zainteresowania światem innym niż swój własny.

Turysta wielokrotnie może poczuć się bardziej intruzem, niż obiektem jakiegokolwiek zainteresowania. Byłem tym nie tyle zawiedziony, co zaskoczony. W końcu to kraj, gdzie przyjeżdżają ludzie wszelkich możliwych narodowości, wszelkich religii, wyznań i przekonań. Przyjeżdżają ludzie różnych ras i kultur i powinno być miejsce na otwartość. Nie ma tego jednak w ogóle. Może właśnie, dlatego tak dobre wrażenie zrobiła na mnie Jordania. Choć kulturowo całkiem odmienna, to jednak okazała się krajem dużo bardziej interesującym niż Izrael.

Granica między tymi dwoma państwami została otwarta zaledwie kilka lat temu. Niewielkie przejście graniczne na rzece Jordan, chronione jest kilkukilometrowym pasem ziemi niczyjej. Turysta, choć to miejsce zostało stworzone dla jego wygody, nie czuje się tutaj najlepiej. Kontrola jest bezprecedensowo drobiazgowa, długa i uciążliwa. Paszporty, bagaże, celnicy, autobus pierwszy, po drugiej stronie autobus drugi, potem bagaże, celnicy i paszporty i na koniec jeszcze jeden autobus. Po przejściu przez granice szokuje dramatyczna różnica w krajobrazie. Inni są ludzie, inna jest jakość otoczenia, zupełnie inne wrażenia. Jedynym chyba wspólnym mianownikiem dla tych dwóch krajów, jest owa granica, na której jedni i drudzy celnicy są równie śmiertelnie poważni.

Najeb

Mój Jordański kolega – Najeb - zabrał mnie pewnej pijanej nocy na tradycyjny egipski kebab. Powiedział, że będąc mieszkańcem Ammanu, będąc w roli przewodnika, musi mnie tam po prostu zabrać.  Nie miałem nawet jak się sprzeciwić. Tłumaczył mi, że miejsce, w które się udajemy to miejsce kultowe dla Ammańczyków, wręcz magiczne. Wstąpiliśmy tam późną nocą, kiedy pijani wracaliśmy z baru. Moje pierwsze wielkie zdziwienie było spowodowane tym, że ogólnie Amman nocami jest pusty, wręcz wyludniony. Człowiekowi wracającemu chwiejnym krokiem, miasto wydaje się tym bardziej przerażające.

Latarni jest mało, a te, które nawet świecą, i tak dają niewiele światła. Czasami widzi się żołnierzy z karabinami na warcie przed rządowymi budynkami. Czasami krzyczą coś po arabsku. Czasami się śmieją. W większości jednak wypadków miasto nocami zieje pustką i ciszą. Poza tym fakt, że w Jordanii alkohol wciąż jeszcze jest mało popularny (religia zabrania), strach przed kontrolą policyjną nie pomaga oswoić się z miejscem.

Byłem, więc bardzo zdziwiony widząc tłum ludzi wyrastający z tej pustki. Amman to nie Wrocław, czy Warszawa, gdzie grupki pijanej młodzieży można spotkać w każdym miejscu i o każdej porze. Nie ma tam ani rynku, ani galerii rozrywki, ani Multikina. Lecz może właśnie dlatego, zaciekawiło mnie to ogniwo łączące Amman, że wszystkimi innymi miastami na świecie. "Centrum Kebabu" mógłbym to nazwać i było to rzeczywiście miejsce kultowe dla Ammańczyków, zresztą jedno z niewielu tak silnie osadzone w miejscowych zwyczajach.

Jest środek nocy i o ile w samym mieście jest cicho, tak wokół budy z kebabem wielki harmider. Kręci się mnóstwo ludzi. Jest głośno. Z głośników płynie arabska muzyka. Wszędzie pełno dymu papierosów. W Jordanii właściwie każdy obywatel pali. Jest nas czterdziestu, może więcej. Nie ma kobiet i dzieci. Sami mężczyźni. Najeb opowiada, że kraj chce uchodzić za nowoczesny, idący z duchem czasu. Jednakże tylko niewielu stać na nowoczesność. Większość społeczeństwa jest biedna,  a tutaj bieda trzyma się tradycji, jedynej prawdziwej i pewnej rzeczy. Najeb mówi, że martwi go, że wiele osób wciąż tkwi w tradycyjnym systemie wartości, bo to nie pomaga rozwojowi. Można wysnuć wniosek, że życie zgodnie z tradycją = bieda.

Zupełnie jak w Polsce – myślę sobie. Nie mówię jednak tego Najebowi, w końcu nigdy w Polsce nie był. Jak dorośnie i pójdzie do pracy to z pewnością zmieni poglądy.

Najeb przepchnął się w końcu przez kolejkę oczekujących i dostał kartkę z numerem 42. W tym momencie obsługują numer 12, więc jeszcze trochę poczekamy. Swoją drogą system numerowy sprawdza się wyśmienicie. Dziwię się, że w Polsce zaczęto go wprowadzać około roku 2000, kiedy tutaj Egipcjanie wydają się znać go od wieków. I wbrew pozorom wcale nie potrzeba automatu do wydawania numerów, wystarczą kartka i długopis. A swoje i tak trzeba odczekać, tyle, że kolejka jest rozproszona.

Zresztą czekanie mi nie przeszkadza; słucham Najeba jak kontynuuje opowieść o swoim kraju. Opowiada, że wyjścia z przyjaciółmi do baru, pubu na spotkania w mieście, są coraz popularniejsze; ze robi tak cała nowobogacka młodzież i trochę ludzi w średnim wieku. Poza tym jeden dzień w tygodniu, czwartek czy poniedziałek, przeznaczony jest tylko dla par. To znaczy, że wstęp do takich miejsc jak bary czy puby mają jedynie grupy ludzi gdzie jest jednakowa ilość kobiet i mężczyzn. Celem tego, jest zachęcanie kobiet do aktywnego życia w społeczeństwie. Prawie jak polski parytet, efekt pewnie podobny – myślę, ale znowu nic nie mówię.

Kebab Che Guevara

Jest pierwsza w nocy. Przy budzie z kebabami, jedynej w tym w milionowym mieście, robi się coraz więcej ludzi. Przyjeżdżają żołnierze, studenci, policjanci, jakieś podejrzane typy i inni. Są wszystkie lokalne nacje; Palestyńczycy, arabowie, wyróżniający się Egipcjanie, murzyni. Brakuje tylko białych, ja jestem jedyny. Tu rasizmu nie ma, ale zaczynam rozumieć, że może działać w dwie strony. Cały proces przygotowania kebabu trwa może minutę i polega na zwinięciu mięsa i kawałka ogórka w naleśnik z suchego ciasta. Ludzi jest jednak tak dużo, że minuty dodane do siebie zmieniają się w kwadranse.

Najeb jest bardzo dumny, że może pokazać mi nowoczesną Jordanię. Inną niż ten obraz z centrum, gdzie ubodzy handlują na ulicach, czym popadnie. Szczyci się tym, że nowoczesny Jordańczyk idzie z przyjacielem Polakiem do pubu i płaci za wyjątkowo paskudnego miejscowego Heinekena prawie cztery funty brytyjskie (cena taka sama dla miejscowych jak turystów).

Taka nowoczesność jest dla Najeba powodem do dumy. Mówi, że jeszcze jakiś czas temu, nie było w mieście ani jednego miejsca, gdzie można by wyjść z kolegami. Nie było barów ani pubów. Nie było dyskotek. Podziwiam jego zadowoloną minę. Ta nowoczesność to maska, ale śmiesznie znajoma. Widziana z perspektywy lat dziewięćdziesiątych w Polsce wydaje się wręcz karykaturalna. Ta nowoczesność jest swoistym przedstawieniem, niewynikającym z wewnętrznych przemian ludzi. Ta nowoczesność Jordanii jest zupełnie taka sama jak nowoczesność Polski – powierzchowna, kreskówkowa – z reklam.

Bar, w którym spędziliśmy wieczór to miejsce żywcem wyjęte z połowy lat dziewięćdziesiątych w Polsce. Drewniane ławy, portrety Che Guevary i jakieś czarno białe przedruki starych zdjęć z Nowego Yorku. Do tego muzyka, zachodnia, lekko rozczulająca. Jim Morrison na czele listy przebojów. W miarę jak wieczór rozkręca się, mam okazję słyszeć też kilka rockowych ballad z lat osiemdziesiątych. Widzę jak dzieci bogatych rodziców zatapiają się w chwilową melancholię i kufle piwa. Mają tu ciekawy zwyczaj. Otóż na powitanie mężczyźni całują się. Właściwie obcałowują się namiętnie.

Czasami naprawdę namiętnie. O ile w barze nie robiło to na mnie wielkiego wrażenia, o tyle, kiedy widziałem ten obyczaj na przejściu granicznym, było to nieco krępujące. Dla mnie - europejczyka, wychowanego w kulturze anty-gejowskej, takie obrazy to kulturalna tortura. Swoją drogą przyszło mi któregoś dnia do głowy pytanie jak wygląda początek spotkania rady ministrów, bo jak mniemam wszyscy jej członkowie to mężczyźni..?

W barze spotkałem prawie samych rewolucjonistów, młodsi, nieco starsi, mężczyźni i kobiety, wszyscy z całą pewnością przed trzydziestką. Kiedy mówię, że byłem w Izraelu wszyscy zbierają się wokoło. Od razu pytają, co myślę o wojnie w Libanie, której echa wciąż są tutaj żywe. Zachowują się trochę jak dzieci, jak młodzi radośni komuniści. Mają swoje cele, wroga, klarowne poglądy. Każdy ma tutaj z góry ustalone zdanie. Nikt nie zadaje niepotrzebnych pytań, nikt nie szuka prawdy innej, od tej jedynej z góry wyznaczonej. Zresztą i tak nigdy nie pojadą do Izraela, więc nie muszą chyba tych pytań zadawać. W pewnym momencie wychodzę na papierosa, bo nie mogą już znieść czerni i bieli ich opinii.

Cieszą się moją niechęcią do Izraela, ale nie wiedzą nic o ironicznym dystansie do nich samych. To zdecydowanie początek lat dziewięćdziesiątych w Polsce, kiedy jedni chcieli tonąć w rozliczaniu przeszłości, a inni od tej przeszłości uciekać. Jeżeli rozwiązać problemów nie udało się w Europie przez ponad 20 lat, tu pewnie też się nie uda. Być może jest to jest sposób na życie, ale chyba nie na rozwój. Może właśnie, dlatego Jordańskie społeczeństwo jest tak odporne na nowoczesność. I może, dlatego nowoczesność trzeba tu sprzedawać wraz z codzienną porcją chleba – na bilbordach i w reklamach. Zupełnie jak w Polsce.

Już prawie zapomnieliśmy o naszych kebabach. Minęło prawie czterdzieści minut. W końcu jednak doczekaliśmy się. Najeb jest zachwycony, ja nieco mniej. Dla niego jest to smak dzieciństwa, dla mnie to smak do którego nie jestem przyzwyczajony i chyba się już nie przyzwyczaję. Wprawdzie baranina przyrządzona na sposób egipski smakuje lepiej, niż ja to znam, lecz mimo wszystko po prostu za nią nie przepadam.

 

Miasto

 

Amman jest potężnym miastem rozłożonym na kilkunastu wzgórzach. Centrum to kilka z nich, porośniętych chaotyczną zabudową. Poza tym starożytne ruiny i ulice pełne chaosu. Zabudowa w całym mieście, jest podobna, monotonna; jasne kilkupiętrowe budynki ciągną się wzdłuż ulic. Wiele z nich nie przypomina domów, ale raczej zdewastowane ruiny znane z gier komputerowych o walkach oddziałów specjalnych. W tym obrazie jedynie budynki rządowe wyróżniają się niecodziennością, głównie widokiem strażników z bronią. Pomiędzy domami zbudowanymi na stromych skalnych zboczach, wyrastają schody. Przecinają wzgórza, piętrzą się ponad domami. Są jak pionowe trakty w poziomym planie miasta; jak dodatkowe ulice, tyle, że piesze i prostopadle do wzgórz. Zresztą schodów jest nieskończona ilość, po dwieście, trzysta w jednym ciągu. Wspinam się raz, potem kolejny, mijam dwie duże ulice. Już nie wiem gdzie jestem, wszystko wygląda tak samo, zgubiłem się.

                Dzień przynosi hałas pojazdów i ludzi. Ulice zapełniają się życiem. Ludzie – mężczyźni zaczynają pulsować w rytm codzienności. Kobiet prawie nie widać, młodych w ogóle. W centrum, już od wczesnego rana, sprzedawcy-kuglarze rozkładają śmierdzące stragany. Zapachy i anty-zapachy mieszają się, wyostrzają i giną. Potem w upale południa wszystko podnosi się do góry i zapycha nozdrza nie do wytrzymania. Na straganach znaleźć można wszystko, przeważnie to samo, co w supermarketach na całym świecie. Tutaj ma to jednak inny wymiar – wymiar luksusu.  Poranne słońce budzi do życia, perspektywę prawdziwej ruiny, biedy i bezsilności – może i rację miał Najeb, w tym, że przykro mu, że tak wiele ludzi hołduje tradycyjnemu systemowi wartości. Może gdyby oglądali więcej reklam to chociaż odnowiliby swoje spróchniałe domy. W oczach ludzi, których mijam nie dostrzegam jednak nadziei; może nawet nie tyle jej tam nie ma, co ludzie po prostu nie chcą jej mieć. Żyją jak ich przodkowie, biednie. ‘ Kurcze, może po prostu tak właśnie lubią ’ – myślę w końcu i idę dalej.

 

 

De ja vi

 

                W jordańskim hotelu włączam Jordański telewizor. Przeżywam krótki szok. Jordańska telewizja emituje reklamę Polski. ‘Polska – kraj nowoczesny, pełen zagranicznych inwestycji, kraj niesamowitych możliwości.’ Szybko konfrontuję ten obraz z tym, co pamiętam, z rzeczywistością, którą znam z autopsji. Te obrazy, to dwa różne obrazy. Miasta w Polsce pełne są smutnych ludzi, miasteczka pełne codziennej zawiści, jeśli inwestycje, to tylko dla wyzysku. Mój kolega Najeb opowiada mi o Jordanii, w ten sam sposób, w jaki reklamy ukazują Polskę. On nie dostrzega biedy, strachu, niepewności, nie czuje współczucia dla nędzy współobywateli. Dla niego, jakość życia to, ta w której żyje on, poza tym nie ma nic innego. Może to przez to, że pochodzi z bogatej rodziny.

Przez pierwsze dni na Jordańskich ulicach czuję się jak indyk; indyk nadziany zielonymi banknotami. Wyraźnie wyróżniam się z tłumu, którego jestem częścią. Nie sposób mnie nie zauważyć. Nie czuję się napiętnowany, ale czuję, że jestem zauważalny, obserwowany, dyskretnie kontrolowany. To nie pomaga w robieniu dokumentacji, w przyglądaniu się codzienności. Za każdym razem, kiedy zatrzymuję się gdzieś na dłużej, zatrzymują się też inni. Zaraz pytają czy mi w czymś nie pomóc, dosłownie: czy mogą mi cos sprzedać, czy czegoś potrzebuje. ‘ Niczego ‘ – odpowiadam wielokrotnie już znudzony. Oni jednak nie wierzą i pytają wiele razy zanim odejdą.

                To, co pamiętam z Jordanii najbardziej to portret króla. Ten portret, twarz władcy narodu, towarzyszył mi nie tylko na ulicach i w miejscach publicznych, widziałem go również w sklepach, na straganach, w pokoju hotelowym, a nawet w autobusie. Król! Król jak z bajek, które pamiętam z dzieciństwa uśmiecha się do mnie i do swoich poddanych, prawie na każdym kroku. Czasem spogląda samotnie, nieco karcąco, jakby chciał nas upomnieć. Czasem patrzy z portretu z żoną. Na takim portrecie jego spojrzenie jest pobłażliwe, delikatne. Czy to przypadek, że król ma taką żonę? Taką, czyli byłą miss. Może ludzi władzy na całym świecie szukają dokładnie tego samego. Właśnie, ludzie władzy?!

 

Salam alaikum

 

                                Na wystawnym obiedzie u rodziny Najeba poznaję całkiem odmienny świat niż ten na ulicach. Rodzina u której jesteśmy to rodzina zamożnych Palestyńczyków. Mają ziemie, pieniądze, mieszkanie w dobrej dzielnicy i szczycą się tym, dobrze im. Zresztą nie sposób odmówić im klasy i dobrego smaku. Tymczasem widzę potężny kontrast między tym, co jest u nich, a światem zewnętrznym. Jest to kontrast tak duży, że zabija we mnie wszelką czułość na detale i ich klasę. Zaczynam dostrzegać odcienie dobra i zła, odcienie władzy, tradycji, socjalistycznej równości Europy. Chciałoby się powiedzieć, że kontrast w Jordanii jest czymś …naturalnym. Podobnie jak w Polsce. Między mieszkaniem Najeba, a domami trzysta metrów dalej, jest kontrast taki, jak między centrum Warszawy, a obrzeżami Białej Podlaskiej. Dlaczego? Bo przecież bogaci trzymają się razem, a biedni nie trzymają się w ogóle. Kontrast jest sposobem życia, siłą dnia codziennego, warunków kulturowych, ponadczasową potrzebą. Tam, gdzie nie było rewolucji, gdzie ziemia nie przyjęła ofiary krwi, tam nie będzie równości. Społeczeństwa bez rewolucjonistów, bez rewolucji, wojen domowych to społeczeństwa niedojrzałe – zbyt przepełnione strachem, zbyt ubogie w odwagę. Do rewolucji trzeba dorosnąć, bo rewolucja wyrównuje szanse, a władza nie lubi równości; każda władza, nawet demokratyczna.

 

Nie wiem, dlaczego piszę o tym teraz, kilka miesięcy po pobycie w Jordanii. Może to obraz Polski, którą właśnie spotykam skłania mnie do przemyśleń. Polska codzienność tak bardzo przypomina mi tę Jordańską; ludzie żyjący jedynie z dnia na dzień, ulice pełne niewiary, niedoskonałość na każdym kroku. Jad wylewający się z każdego, kogo traktuje się uśmiechem i życzliwością. I najbardziej doskwiera mi ten cukierkowy obraz polski z reklam i seriali. Ten karykaturalny, sztuczny światek, który buduje fałszywe potrzeby, fałszywe jakości, tak samo w Jordanii, co w Polsce. Pragnienia ludzi programowane są od góry, potrzeby kształtowane są poprzez mechaniczne kopiowanie, często przypadkowo, bez związku z rzeczywistością.

                Kiedy celnik oddaje mi paszport zadaje pytanie, czego nauczyłem się w Jordanii? Patrzę na niego, widzę poważny wyraz twarzy, ‘Niczego’ – myślę. Nic jednak nie odpowiadam. Uśmiecham się tylko i odchodzę. ‘ To wszystko widziałem już w Polsce! ‘

 

Radosław Żubrycki 2010

 

Więcej artykułów tego użytkownika znajdziesz tutaj
Autor: rz2010

Oceń artykul

  • Kiepski
  • Poniżej średniej
  • żredni
  • Powyżej średniej
  • Bardzo dobry

kliknij aby ocenić

Aktualna ocena 3,55

Przeczytano razy: 958
  • Jordania jest jak Polska?
    ( 2010-11-16 19:47)
    ~sam09

    Hmm... Ciekawe spostrzezenie. Tylko, ze Anglia
    jest jak Polska, bo mozna znalezc miedzy nimi
    podo...

  • Co do autora.
    ( 2010-11-09 15:57)
    ~zgredek

    Jakiś młody rewolucjonista lub kochający
    kwaśne smaki gość. Postrzegania w stylu-
    wszyst...

  • Jordania jest... (1)
    ( 2010-10-29 10:48)
    ~Małgosia.M.

    Byłam ,podzielam zdanie ...dokładnie tak
    ,zgadzam się co do Izraela i jego
    mieszkańców,stosu...

    • Re: Jordania jest...
      ( 2010-10-30 09:58)
      ~Stanley

      Dla mnie to też ciekawy artykuł. Wprawdzie nie
      byłem w Jordani, ani w Izraelu, ale ciekawy
      prz...

  • Polecam co kampanie reklamowa psa Harvey,zobacz
    ( 2010-10-28 07:46)
    ~Harvey

    rzeczywistosc a realnosc Polski.

  • jor-dobre- my polacy bardzo malo wyjezdzamy do
    ( 2010-10-27 19:05)
    ~ada

    innych krajow a jednak warto zobaczyc ipoznac
    zycie i kulture innych panstw.


Stopka