Co zrobić kiedy oglądasz kolejny szklany wieżowiec i zaczynasz zdawać sobie sprawę, że czujesz się znudzony? Wokól przecież same szklane wieżowce. Co zrobić kiedy kolejne lotniska zaczynają sprawiać, że zamiast odpoczywać czujesz się zmęczony i osaczony? Co w końcu zrobić kiedy kolejna ulica w Londynie czy Paryżu zamiast czarować magią świateł sprawia, że z tęsknotą rozglądasz się za drzwiami, przez które można uciec do natury?
Są takie drzwi, które pozwolą uciec każdemu zmęczonemu nowoczesnością turyście. To drzwi do polskiego pociągu jadącego na Mazury. To nie tylko wakacje, ale Great Adventure tylko dla najodważniejszych. To przygoda, której się nie zapomina, zwłaszcza, jeżeli się przeżyje. Ta przygoda smakuje nad wyraz dobrze, jeżeli już wcześniej mieliście okazje bywać w świecie, gdzie koleje funkcjonują bez problemu, autobusy jeżdzą o wyznaczonych godzinach, obsługa jest uśmiechnięta i miła, a przypadkowo napotkani ludzie chętnie udzielają pomocnych informacji; gdzie nie ma natrętnych żebraków, nocnych złodzi, kieszonkowców i wulgranych łysych facetów; gdzie dworce nie śmierdzą, ludzie nie warczą, a człowiek czuje komfort istnienia. Kiedy wszystko powyższe już się wam znudziło i naprawdę jesteście głodni wrażeń spoza cywilizacji wystarczy przyjechać do Polski. Wystarczy kupić bilet na stacji PKP i wyjechać w dzicz zwaną Mazury.
Ja rozpocząłem swoją podróż w Zgorzelcu. Miasto graniczne to wizytówka kraju. Jeżeli budynki użyteczności publicznej są obrazem kultury mieszkańców, to warto nie zaglądać na dworzec PKP. To obskurne, zapuszczone i tragicznie zdewastowane miejsce przenosi nas w najczarniejsze chwile polskiej historii. Mam wrażenie, że w czasy okupacji. Odrapane ściany, powybijane okna, parking przypominający poligon wojskowy i kasy kolejowe, które mieszczą się, nie jakby można się było domyślać w budynku byłego dworca, ale 200m od niego, w jeszcze bardziej obskurnych budach, które kiedyś prawdopoodbnie były smażalniami frytek lub hamburgerów. Ten widok jest tak perwersyjnie pesymistyczny, że dla człowieka przyjeżdżającego z Niemiec ( Zgorzelec to pierwsza Polska stacja ) jest sygnałem, że tu kończy się Europa. I tak chyba właśnie jest.
Jeżeli sądzicie, że jakość infrastuktury przekłada się na wysokość cen biletów, to nic bardziej mylnego. Nawet dla człowieka, który przyjeżdza zza zagranicy, ceny są wysokie, czasami zdaje się nawet zaporowe, zdecydowanie droższe niż bilety lotnicze. Warto również pamiętać, że karty płatnicze nie są jeszcze lub już w powszechnych obiegu i kiedy nie ma się wystarczającej ilości gotówki w portfelu, trzeba w panice szukać bankomatu (najbliższy- 600m - 15minut truchtem, 30 minut do pociągu).
Pociąg też ciężko nazwać pociągiem; niewielka dwu-częściowa drezyna jest schludna i ładna, ale tak mała, że już w Bolesławcu ( 30 km od Zgorzelca ) większość ludzi spędza czas w pozycji pionowej ocierając się o siebie. W Legnicy nie ma już możliwości przejścia do toalety. Szkoda.. chociaż z drugiej strony czy warto się narażać.
Przyjazd do Wrocławia niewiele zmienia. Okazuje się, że hala dworca głównego jest w remoncie, a razem z nią całe otoczenie. Podróżni ze wszystkich pociągów kierowani są do niewielkiego dworca tymczasowego, mieszczącego się w jednym ze starych magazynów kilkadziesiąt metrów od peronów. Budynek, choć odremontowany jest tak tragicznie mały, że przyjazd dwóch pociągów w jednym czasie, z których ludzie będę oczekiwać na przesiadkę, powoduje kocioł, tak przy wyjściach z peronów jak i przy próbie wejścia do kas biletowych. Należy zauważyć, że kupienie biletu na stacji we Wrocławiu, to w piatkowy wieczór zadanie praktycznie niemożliwe. Masa ludzi w nieprawdopodobnym ścisku w bliżej nieokreslonej kolejności ( choć w kolejce ) wije się długimi wężami po niewielkiej przestrzeni. Pytanie: gdzie jest kolejka, czy jest jedna czy jest ich więcej, oraz w której należy stanąć żeby kupić właściwy bilet, to pytania których nie trzeba sobie zadawać, bo i tak nie można uzyskać odpowiedzi. Nie miałem okazji widzieć przepełnionych stacji kolejowych tuż po wojnie, ale myślę, że kraj cofnął się mniej więcej do tego punktu historii.
Po kilkunastu mintuach przepychania się do tablicy z informacją o odjazdach kieruję się szybko na peron. Mam dość ścisku, kichania i prychania mi w twarz, przepychania i odpychania. Jeżeli coś, mimo tego całego remontu, nie zmieniło się we Wrocławiu, to chyba tylko tyle, że bezdomni, żebracy i nakromani, tak jak zwykle zaścielają śmierdzącymi ciałami dojście do pociągów. Mam wrażenie, że ten obrazek stał się już tak typowy, że niezależnie od władzy, przewrotów, i społecznych zmian, w Polsce zawsze pozostanie tak samo – dworce będą wyścielać bezdomni - jako coś zwyczajnego, ot, element krajobrazu. I nie wiedzieć czemu Polska jest jedynym krajem jaki znam, że wejście na dworzec kolejowy niezmiennie kojarzy mi się z zakrywaniem nosa.
Po kolejnych minutach oczekiwania zaczynam orinetować się, że nie jestem osamotniony w mojej podróży ku dziczy. Tu na peronie, około 30 minut przed odjazdem zgromadził się prawdziwy tłum. Zresztą nie jest to nie tylko tłum, to prawdziwy ludzki tłok, który nie mam pojęcia, jak zmieści się do jednego pociągu. Dopiero po chwili doznaję olśnienia, że tłum dzieli się na dwie części, czekające na podstawienie dwóch różnych pociagów. Jeden do Gdyni, drugi do Warszawy. Gdy pojawia się informacja o podstawianiu pociągu tłum zaczyna falować. Najpierw cichy pomruk, potem głośne ‘ Ohh!’, a potem meksykańska fala podnosząca ludzi z walizek. I zaraz chwilę dalej, tzw ławica – czyli niekontrolowane, stadne przemieszczanie się dużej grupy osobników.
Niech pozostanie zagadką polskiej kolei dlaczego dwa dalekobieżne pociągi podstawia się na jeden peron i dlaczego robi się to w jednym czasie. I również niech zagadką bez odpowiedzi pozostanie dlaczego w tych kluczowych momentach podróży ludzie z przejęcia nie wpadają na tory. Patrzę z zapartym tchem jak tłum faluje to z jednej to z drugiej strony peronu, przepychając bezwładnie słabszych, a także starszych i dzieci. Wraz z wjeżdzającym pociągiem niektórzy ludzie łapią się pierwszych napotkanych klamek do wagonów i biegną z nimi wzdłuż lini wjazdu aż do zatrzymania. Ogólnie powstaje chaos, którego opanować się nie da. Pociąg wciąż toczy się po torach, ale nikt już nie zwraca na to uwagi. Jedni blokują miejsca przy samiutkiej krawędzi peronu, inni wrzucają bagaże przez okna. Jeszcze inni przepychają się przez formujące się kolejki. Co dziwne, nikt nie ginie. Albo Polacy mają tak dużo szczęścia, albo są tak sprawni fizycznie. Obie opcje są równie prawdopodobne.
Po chwili już nie wiem co się dzieje, bo staję się tylko bezwolnym fantomem w masie nacierajacego tłumu. Miałem nieszczęście stanąć na wprost drzwi i teraz nie mogę ich nawet otworzyć, przez tych nacierających z tyłu. Ktoś mi pomaga, ale to nic nie daje. W końcu drzwi otwieraja mechnik z drugiej strony, ale dwie babcie, jedna przez drugą starają się wejść do środka jednocześnie. Ich walizki blokują się między nogami. Słyszę ciche jęki i głośne przekleństwa. W końcu ktoś z tyłu pchnął babciami tak mocno, że wpadły z hukiem do środka. Nikt nawet tego nie zauważył. Tuż obok mnie ktoś wrzuca małą, może 7 letnią dziewczynkę ponad głowami dorosłych. Niczego to nie rozwiązuje, bo tłum napiera jeszcze mocniej i chyba tylko jakimś cudem dziecko nie trafia pod koła pociągu. Niestety trafia tam jego bucik, bo zaklinował się między stalowym chodnikiem, a peronem. Szkoda, ale matka nawet nie zwraca na to uwagi ciagnąć z całych sił jeszcze 4 letniego synka. Tragedia. Słyszę krzyk, ktoś upadł, potem płacz, jakieś dziecko dostało klapsa, potem jęk starszej kobiety i groźby jakichś łysych. I pomyśleć, że tak wiele, na tak niewielkiej przestrzeni. Naprawdę chciałbym uciec, ale nie mam, ani jak, ani dokąd. Nie wiem czemu, ale właśnie tej chwili przychodzi mi na myśl ‘ Pociąg do Darjeling ‘. Tam wprawdzie nie było tłoku, ale ten motyw kiedy człowiek musi pociąg gonić, a właściwie gonić samego siebie. Nie wiem czy to ten pociąg nie powienien pojechać, zamiast do Gdyni, gdzieś do Nepalu, albo Tybetu, tak po prostu żeby ludzie mogli zaczerpnąć trochę duchowego spokoju, albo po prostu odpocząć.
Pociąg odjeżdza punktualnie, a ja, biały z przerażenia zdziwiony odkrywam, że korytarze są puste i większość ludzi ma jednak miejsca siedzące. Być może więc wszystko co wydarzyło się przy wsiadaniu było tylko złym snem. Moim złym snem. Kiedy będę chciał to komuś opowiedzieć, po prostu mi nie uwierzą. To chyba nawet dość dobre wytłumaczenie, bo ci wszyscy ludzie, którzy jeszcze kilka minut temu, zachowywali się jak dzikie zwierzęta, teraz siędzą spokojnie, zastygnięci w teatralnych pozach.
‘ Pełna kultura ‘ chciołby się rzec, niestety marzenia szybko przykrywa szara rzeczywistość. Już w Lesznie kolejni ludzie zalewają korytarz, a potem w Poznaniu zakorkowują wszystko. Zresztą w Poznaniu pociąg osiąga pierwsze 15 minut opóźnienia. Głównie przez to, że konduktor nie może dostać się do wnętrza pociągu. Najpierw gwiżdże odjazd ale próbując wskoczyć do środka orientuje się, że wagon jest pełen po brzegi, a ostatnia osoba prawie wypada z pociągu. Wejście zablokowane. Konduktorka na peronie. Pociąg zostaje zatrzymany w ostatniej chwili przez krótkofalówkę. Pani grzecznie ale stanowczo przepycha ludzi dalej do wnętrza, ale sytuacja nie wiele się zmienia i za drugim razem wszystko się powtarza. Wyraźnie zirytowana konkudktorka, za trzecim razem zmienia taktykę i najpierw sama wpycha się na tzw ‘chama’ do korytarza, a potem krzyczy odjazd. Słychać głośne trzaśnięcie, cichy jęk i pociąg rusza dalej.
cdn.
Radoslaw Żubrycki 2010






~pbj
~jt
wstyd być Polakiem - "dziki kraj"
~taki turysta
Przesada z tym opisem dworca we Wroclawiu. Jest
remont i jak akurat ktos wpadl na pomysl zeby
wyb...
~sam09
Jechalismy raz do Polski z UK - wlasnie przez
Zgorzelec. Przez cale Niemcy sunelismy Autobahnem,
...
dodaj komentarzwszystkie wątki