Karuzela z Madonnami z cyklu "Codzienność w Belfaście"
8.00 am
Nastał poranek. Pusty, zwykle plac zatętnił życiem. Spokojnie, choć miarowo, od bladego świtu, powietrze wypełnił hałas silników i warkot maszyn. Równie spokojnie, i równie miarowo zaczął się zmieniać krajobraz. Przestrzeń tak nijaka, że tej nijakości nawet się nie zauważa, za sprawą tych kilku maszyn zmieniała się nie do poznania. Stalowe rury i aluminiowe platformy rosły niczym dekoracje w teatrze. I być może było w tym wszystkim coś teatralnego, bo przecież nie każdego dnia na ulicy zjawia się karuzela. Ja, stojąc w oknie i obserwując bacznie tą niecodzienność, odkryłem, że czekanie jest udziałem większej ilości mieszkańców. Być może mimochodem, a może zamierzenie, wciąż spostrzegałem wirujące w oknach firanki. I, bynajmniej, to nie dziecięce oczy spoglądały zza nich.
9.00 am
Zainteresowanie budziło się powoli, można powiedzieć flegmatycznie. Zresztą jak wszystko w tym kraju. W miarę jednak jak rosły konstrukcje samolotów, żyraf, koni i słoni, również harmider na ulicy robił się większy. Nikt jeszcze nie wstawał, ale wszyscy byli już oknach. Nikt jeszcze nie wychodził, ale drzwi, co rusz nieśmiało skrzypiały. Karuzela jeszcze nie gotowa, ale wszyscy już przynajmniej raz byli w sklepie. Po co? Może, aby tak zupełnie przypadkiem przejść obok pracujących mechaników. Choć raz zerknąć na kolorowe samoloty? Skąd bierze się ta magia, której sam nie mogłem się oprzeć? Ze wspomnień? Z zaburzenia rutyny? Z potrzeby beztroskiej zabawy?
10.00 am
Około dziesiątej, zwykle bardzo cicha okolica, tętniła głośnym i podnieconym życiem. Rozkładające się karuzele, dwie śmieciarki, których kierowcy zagadali się na małym skrzyżowaniu, cztery taksówki, które nie wiedzieć czemu zaparkowały właśnie na naszej ulicy, oraz setka dzieci, które choć zaspane, to jednak tak żądne wrażeń, że w kapciach czekały na progach swoich domów. I wszystko to skąpane w tej ciężkiej do opisania, ale wyczuwalnej, niefrasobliwości, dziecięcej radości, lub po prostu ekscytacji. W końcu, kto nie pamięta tych dni z dzieciństwa, krótkich, ale jakże pełnych, gdy w mieście pojawiał się cyrk albo wesołe miasteczko. Kto nie pamięta tych momentów prawdy, kiedy speszone dziecko szło z wyciągniętą dłonią po kilka złotych do zabieganych rodziców? Jak się zdaje, dwadzieścia lat temu było tak samo w odległej Polsce, jak i tu, w Belfaście. Bo gdyby tak nie było, to czy ci wszyscy dorośli filtrowaliby firanki okien z takim podnieceniem?
11.00 am
Minęła godzina, być może półtorej, a towarzystwo rozrosło się do niespotykanych normalnie rozmiarów: dorośli, dzieci, ich sąsiedzi, znajomi i przyjaciele z odleglejszych domków. Wszyscy plącząc się w tę i z powrotem oczekiwali otwarcia zabawy. Tłum ludzi zupełnie przekonanych, że wszystko, co się dzieje, dzieje się dla nich. Tłum, który jakby jeszcze przed zabawą zawłaszczył jej potrzebę, nachalne wspomnienia chcąc zamienić na rządze. A karuzela zastygła. Wszystko zatrzymało się gdzieś między mechanikami, a konstrukcją. Wydaje się, że rosła, ale czemu tak wolno? Zdawało się, każdy ruch kolejnej śruby jest zbyt ociężały, za mało sprawny, że karuzela, mimo iż już jest, to chyba nigdy nie zacznie działać. To zresztą musiało być tylko wrażenie, gdyż spokojna praca mechaników wyraźnie kontrastowała z entuzjastycznie nastawionym tłumem mieszkańców.
12.00 am
Ja również nie mogłem usiedzieć w domu. Podobnie jak inni, pod pozorem niewielkich zakupów wyszedłem na zewnątrz. Szedłem wolno, inaczej niż zwykle. Czy to z głową nienaturalnie skręconą w stronę zmieniającego się krajobrazu, czy sunąc flegmatycznie noga za nogą, wciąż przyglądałem się karuzeli. Kilkunastu ludzi plątało się w ciekawie zagadkowy sposób, sprawiając wrażenie, że oni bardziej niż my- mieszkańcy, czekali na koniec montażu. Z nieskrywaną irytacją patrzyłem jak jedni rozpakowują stalowe więzary ściągając z ciężarówek i składając na ziemi, aby za chwilę już inni, przenosili je kilka metrów dalej. Potem ci poprzedni znów brali owe części i nieśli, gdzieś bliżej, aby po chwili odkryć, że to wcale nie jest miejscem ostatecznego montażu. Ironicznie i zupełnie niepotrzebnie pytałem sam siebie ‘ Czy to nie mogłoby trwać trochę szybciej, sprawniej?’. I śmiałem się sam do siebie, odchodząc i jakby uświadamiając sobie, tę oczywistą prawdę, że przecież jakby by nie było, to jestem w Irlandii.
1.00 pm
Kiedy jednak, po kilkunastu minutach wracałem tą samą drogą, wszystko było już prawie gotowe. Nie wiem czy to za sprawą magicznej różdżki czy kilku setek niewidzialnych krasnali, karuzela była gotowa, i to nawet mimo tego, że mechanicy plątali się zupełnie tak samo jak wcześniej. I wtedy nastąpiło coś, czego się nie można było się spodziewać. Z chwilą, gdy donośny klakson czerwonej ciężarówki ogłosił koniec montażu, a rozentuzjazmowani mieszkańcy przyklasnęli w dłonie, obsługa umknęła z placu. Zupełnie rozpłynęła się w powietrzu. Najzwyczajniej w świecie poszli sobie na lunch.
2.00 pm
Zabawa zaczęła się równie niespodziewanie, jak wszystko pozostałe. Po prostu nagle wszystko się uruchomiło. Muzyka, wesołe miasteczko i ludzie. Ochrona zapadła się pod ziemię, a na jej miejscu wyrosła obsługa. A może to tylko zmiana kostiumów? Nieważne. Tłum rzucił się w kierunku wspomnień, czy może karuzeli. Nie minęła godzina, jak plac, martwy zwykle o tej porze dnia, tętnił życiem tak pełnym, że podobne widziałem tylko w piątkowy wieczór na rynku we Wrocławiu. Gdzie się podziały konsole playstation? Gdzie gry wideo, gdzie czaty, komputery, telewizory? Gdzie są odtwarzacze mp3, iphony, ipody i ipady? Czy do barbarzyństwa jest aż tak niedaleko?
3.00 pm
Stałem pogrążony w tych filozoficznych rozważaniach i zupełnie nie zauważyłem, że po kolejnej godzinie nie była to już jedynie karuzela, ale cały jarmark. Oto w przeciągu chwili i za sprawą kilku zabawek narodził się targ pełen najróżniejszych przedziwności. Zjechały się wozy z lodami. Nie jeden, ale sześć. I, żeby zadość uczynić moim irlandzkim doświadczeniom ustawiły się jeden obok drugiego, a ich kierowcy niezrażeni tym faktem zamiast obsługiwać klientów, zapomnieli się w niekończącej dyskusji o niczym. Był jeden wóz z parówkami, oraz drugi z frytkami, burgerami i wszystkim, co tylko irlandzka, głodem zmorzona dusza, mogłaby sobie wymarzyć. Byli sprzedawcy flag i proporczyków, u których polityczna poprawność była zupełnie bez znaczenia i palestyńskie chusty dumnie powiewały tuż obok flag zjednoczonego królestwa, podobnie, zresztą, jak proporce słynnego Manchesteru U. obok flag Chelsea. Poza tym był człowiek, który sprzedawał czerwone ‘złote’ rybki, w plastikowych torebkach, a także inny z przeźroczystymi parasolkami, śmiesznymi czapeczkami i różnokolorowymi bibułkami, których przeznaczenia nie zdołałem zrozumieć. Byli sprzedawcy waty cukrowej oraz popcornu. Było przenośne stoisko chińskich zabawek dla dzieci, oraz stoisko z czymś, co przypominało lizaki. Jednym słowem było wszystko, choć w tym przypadku wszystko ma wiele wymiernych znaczeń.
4.00 pm
Tłum spełniał marzenia i wspomnienia. Dorośli kłębili się między dziećmi. Dzieci plątały się między nogami i kieszeniami dorosłych. A wokół murki i trawniki obrosły nieletnimi madonnami – umalowanymi ‘bóstwami’, które w wyuzdanych pozach i niecenzuralnym językiem okraszały to targowisko beztroski. I może to owe madonny bardziej niż wszystko inne dopełniały tego obrazu współczesnego świata, który choć różni się tak bardzo na co dzień, w niecodziennych sytuacjach jest praktycznie taki sam, niezależnie od miejsca, czasu i koloru skóry. A mi tylko talentu malarskiego zabrało, aby to wszystko uwiecznić w obrazie olejnym, naśladując mistrza Pitera Brojgla, pod równie jak sytuacja beztroskim tytułem ‘ Karuzela z madonnami’.
Radosław Żubrycki 2010






~Maniek
a i jeszcze puzniej . Taki ciekawy artykul ze juz
nawet wiecej nie idzie czytac po przeczytaniu k...
dodaj komentarzwszystkie wątki