Nadejście śniegu i mrozu wyzwala w człowieku pokłady świątecznej wrażliwości. Dzieciaki całymi wieczorami przesiadują na ulicy, którą szybko zaimprowizowały na ślizgawkę. Dorośli zaczynają zastanawiać się, gdzie w zeszłym roku schowali choinkę, a babcie wyciągają włóczkę wełny i stare przepisy na szaliki i czapki. Ten sielankowy obraz to nie tylko świąteczna abstrakcja. To obraz prawdziwych relacji społecznych w wielu europejskich krajach.
Jednak widok śniegu wyzwala we mnie również inne wspomnienia. Mało, kto już dzisiaj pamięta o pewnej zaginionej tablicy z napisem "Arbeit macht frei". Było to w zeszłym roku, dokładnie w porze, kiedy nastały w Polsce największe mrozy i opady śniegu.
Do tej pory nie wiem, kto mógł wpaść na pomysł, aby chcieć ukraść tę tablicę, ale tak się właśnie stało. To bezprecedensowe wydarzenie przemknęło głośnym echem przez nagłówki wszystkich agencji informacyjnych na świecie. I ciężko to traktować w kontekście innym niż skandal. Bo w końcu, czy słyszał ktoś o zbrodni równie skandalicznie głupiej jak kradzież bezwartościowego zabytku-symbolu? Cel i sens tej kradzieży na zawsze chyba pozostaną zagadką.
Zuchwała kradzież zelektryzowała jednak opinię publiczną. Faktem jest, że premierzy i prezydenci wypowiadali się głośno o konieczności mobilizacji policji. Ludzie w napięciu śledzili kolejne dzienniki informacyjne. Prywatni detektywi wypytywali informatorów, a międzynarodowa opinia społeczna, co rusz wyrażała swoje oburzenie.
I w tej podniosłej atmosferze biało-czerwonego, międzygalaktycznego, poruszenia, ginęły informacje o kolejnych zgonach spowodowanych niską temperaturą. W 2009 między październikiem a styczniem 2010 zamarzło w Polsce ( kraju Europejskim ) około 270 osób. W tym samym okresie, kiedy Państwo zaangażowało tysiące policjantów, agentów ABW, strażników miejskich, a czasem szeregowych urzędników, a także wszystkie możliwe media, do poszukiwania skradzionej tablicy. W tej samej Polsce każdego dnia umierało z zimna kilka osób.
Przytoczę kilka przykładów informacji sprzed 12 miesięcy:
Wprost:
Stosunki polsko-izraelskie, kryzys gospodarczy, sprawy klimatyczne oraz kwestia kradzieży napisu "Arbeit macht frei" z byłego obozu Auschwitz-Birkenau - to główne tematy rozmów premiera Donalda Tuska z prezydentem Izraela Shimonem Peresem, które odbyły się przy okazji międzynarodowego szczytu klimatycznego w Kopenhadze. - Zobowiązałem wszystkie służby do tego, by sprawa skradzionej historycznej tablicy "Arbeit macht frei" z byłego obozu Auschwitz-Birkenau została wyjaśniona jak najszybciej. " - podkreślił premier.
Premier Donald Tusk:
Traktuję to jako taki priorytet w tej chwili - wyjaśnienie szybkie tej sytuacji. Tym bardziej, że jeśli my równolegle podjęliśmy tak skuteczne starania, by zorganizować międzynarodowy fundusz założycielski, który ma chronić to tragiczne dziedzictwo, czyli miejsce pamięci w Oświęcimiu-Brzezince i skłoniliśmy przywódców z całego świata, głównie w Unii Europejskiej do bardzo dużych wkładów w ten fundusz założycielski" - powiedział premier.
Gazeta.pl:
Przypomnijmy, historyczny napis "Arbeit macht frei" znad obozowej bramy został skradziony w piątek (18 grudnia) nad ranem. Dla osoby, która miała przyczynić się do znalezienia sprawców i odzyskania zabytku, wyznaczono 115 tysięcy złotych nagrody. Policja ustaliła miejsce ukrycia tablicy na podstawie zgłoszenia telefonicznego. Po kradzieży śledczy otrzymali ponad 100 zgłoszeń telefonicznych.
Nawet z tych przypadkowo wybranych wiadomości, jasno wynika, że sprawa skradzionej tablicy na kilka kluczowych dni i kilka dalszych tygodni zelektryzowała tak opinię publiczną jak opiniotwórców. Co znamienne, warto zauważyć, że zaangażowanie policji, CBŚ, ABW czy Interpolu, wcale nie przyczyniło się do odnalezienia tablicy. Jej odnalezienie zawdzięczamy zwykłemu donosowi. I jestem bardzo ciekawy czy donosicielem, nie był przypadkiem ktoś z rodziny, czy kręgu znajomych jednego ze złodziei. W końcu 115 tyś nagrody daje lepszy materialny pożytek niż 5 tyś za wykonanie samego zlecenia. To, co najważniejsze w tej historii to fakt, że gdyby nie informator-donosiciel, nikt owej tablicy nigdy by nie odnalazł. Nawet pełna poświęcenia operacyjna praca policji nie mogłaby doprowadzić do dziury w ziemi na skraju lasu, gdzieś pod Toruniem.
Wracając do faktów, w ciągu tych trzech krytycznych dni, zmarło z wyziębienia kilkadziesiąt osób. Zmarli ludzie, którzy nie byli mieszkańcami Wenus, czy Marsa, ale byli mieszkańcami polskich miast i miasteczek. Byli to ludzie, którzy zamarzli na ulicach, w parkach, w pustostanach, albo mieszkaniach, których nie mieli, za co ogrzać. Czy organizacja akcji "Cały kraj szuka tablicy" jest naprawdę lepsza od organizacji akcji "Pomóż komuś nie zamarznąć"?
Pytam oczywiście retorycznie. Ludzie w Polsce zamarzają, od kiedy sięgam pamięcią, a napis "Arbeit macht frei" skradziono tylko raz. Samo to, już stawia informację o kradzieży na szczycie najciekawszych możliwych newsów. Bo choć dla polskich polityków i mediów mównie o Polsce we wszystkich dziennikach na świecie jawi się, jako sukces, to czytając owe dzienniki w innym języku niż Polski, można było odnieść wrażenie, że nie jest to szczególny powód do dumy.
Dzisiaj, już z dystansu czasu, warto zadać pytanie czy jako społeczeństwo, w pogoni za ‘newsem’ całkowicie straciliśmy wrażliwość społeczną? Czy jako ludzie naprawdę bardziej interesujemy się losami skradzionej tablicy, niż losami sąsiada? Czy przechodząc w mroźny wieczór obok leżącego człowieka, nie mamy w sobie nawet na tyle człowieczeństwa, aby podejść i sprawdzić czy żyje? Natomiast godzinami przeżywamy los skradzionego kawałka metalu? Przecież rozprawiamy o tym, na tych samych ulicach, na których zamarzają ludzie.
Zauważmy, że dla tej tablicy, w ciągu kilku godzin, jako kraj, byliśmy w stanie postawić na nogi kilkadziesiąt tysięcy ludzi. W jakim celu? Aby szukali kawałka metalu. Martwego symbolu, który można odtworzyć ze 100% precyzją. Symbolu, którego wielu z nas nawet nie widziało na oczy, i pewnie nawet nie znajdzie w sobie tyle mobilizacji, aby go zobaczyć. Kawałka stali, który jest symbolem śmierci. Ale jednocześnie symbolu, który w pewnych okolicznościach przesłania zdrowy rozsądek i jasność widzenia, nie tylko "plebsu", ale również rządzących.
Stawiam wniosek, że skierowanie w tym samym czasie społecznej uwagi, na problem ludzi zagrożonych zamarznięciem, pozwoliłoby uratować przynajmniej kilka osób od zamarznięcia. A przecież tablica i tak by się znalazła, prędzej czy później, co zresztą samo w sobie nie byłoby powodem niczyjego nieszczęścia.
Choć od tamtych wydarzeń minął rok, niewiele się zmieniło. Przyszedł mróz, ale o społecznej akcji ratowania zagrożonych zamarzaniem nie wiele się słyszy. Dlaczego? Być może dlatego, że takiej akcji nie ma, i nigdy nie będzie. Ludzie w apatii przesuwają się przez zasypane śniegiem ulice. Patrole policji trzymają się z daleka od miejsc zapomnianych, lub niedostępnych, aby na wszelki wypadek nie demaskować swojego "tumiwisizmu". Władza natomiast skupiona na kryzysowym zarządzaniu miliardami euro długu, nie ma czasu zajmować się zamarzającymi biedakami. A media w sposób prawie mechaniczny i suchy prowadzą statystki kolejnych zgonów.
Radosław Żubrycki 2010






WASZYM ZDANIEM
dodaj komentarz